Neh 13:1 W owym czasie czytano z Księgi Mojżesza przed ludem i natrafiono w niej na taki przepis: "Ammonita ani Moabita nigdy nie wejdzie do społeczności Bożej,
Neh 13:2 albowiem oni nie powitali Izraelitów chlebem i wodą, lecz przekupili przeciw nim Balaama, aby ich przeklął; lecz Bóg nasz zmienił tę klątwę na błogosławieństwo".
Neh 13:3 Gdy usłyszeli to prawo, odłączyli od Izraela wszelką cudzoziemszczyznę.
Neh 13:4 Jakiś czas przedtem kapłan Eliaszib - zawiadowca komnat naszego domu Bożego, krewny Tobiasza-
Neh 13:5 urządził dla niego obszerną komnatę; dawniej składano tam ofiarę pokarmową, kadzidło, sprzęty i dziesięcinę zboża, moszczu i oliwy, przydział lewitów, śpiewaków i odźwiernych oraz świadczenia dla kapłanów.
Neh 13:6 Podczas tego wszystkiego nie byłem w Jerozolimie, gdyż w roku trzydziestym drugim rządów Artakserksesa, króla babilońskiego, udałem się do tego króla, lecz po pewnym czasie uzyskałem od króla zezwolenie na powrót.
Neh 13:7 Gdy przybyłem do Jerozolimy, spostrzegłem występek, który popełnił Eliaszib na korzyść Tobiasza przez urządzenie dla niego komnaty na dziedzińcach domu Bożego.
Neh 13:8 Rozgniewałem się bardzo i wyrzuciłem cały sprzęt domu Tobiaszowego precz z tej komnaty.
Neh 13:9 Wtedy kazałem oczyścić te komnaty i z powrotem przeniosłem do tego miejsca sprzęty domu Bożego, ofiarę pokarmową i kadzidło.
Neh 13:10 Dowiedziałem się również, że nie dostarczono przydziałów lewitom i że oni uciekali, każdy na swoje pole: lewici i śpiewacy pełniący służbę.
Neh 13:11 Wtedy zganiłem zwierzchników i powiedziałem: "Czemu dom Boży jest opuszczony"! Zebrałem lewitów i postawiłem ich na ich stanowisku.
Neh 13:12 A cały Juda przyniósł do składnic dziesięcinę ze zboża, moszczu i oliwy.
Neh 13:13 A zarząd nad składnicami powierzyłem kapłanowi Szelemiaszowi, pisarzowi Sadokowi i Pedajaszowi spośród lewitów; pomocnikiem ich był Chanan, syn Zakkura, syna Mattaniasza: oni bowiem uchodzili za uczciwych. Mieli oni obowiązek dawać przydziały swoim braciom.
Neh 13:14 Pamiętajże, Boże mój, o tym, i nie wymaż moich zbożnych czynów, które spełniłem dla domu Boga mojego i dla jego obsługi.
Neh 13:15 W owych dniach widziałem, jak w Judzie deptano w szabat tłocznię, noszono snopki i kładziono na osły, tak samo wino, grona, figi i wszelki ładunek, i przywożono to wszystko do Jerozolimy w dzień szabatu. Udzieliłem im przestrogi, gdy w ten dzień chcieli sprzedawać żywność.
Neh 13:16 A mieszkający tam Tyryjczycy przywozili ryby i wszelki towar i w szabat sprzedawali mieszkańcom Judy i w Jerozolimie.
Neh 13:17 Wtedy zgromiłem możnych Judy i powiedziałem im: "Co to za niegodziwa rzecz, którą popełniacie, gwałcąc dzień szabatu.
Neh 13:18 Czyż tak nie uczynili ojcowie wasi? Dlatego też Bóg nasz na nas i na to miasto zesłał całe to nieszczęście. A wy chcecie ściągnąć jeszcze większy gniew na Izraela przez gwałcenie szabatu".
Neh 13:19 I wydałem rozkaz: "Skoro przed szabatem mrok pokryje bramy Jerozolimy, wrota zostaną zamknięte". I drugi rozkaz: "Nie zostaną one otwarte, aż dopiero po szabacie". Następnie niektórych z moich sług postawiłem przy bramach z dalszym rozkazem: "Żaden ładunek nie przedostanie się w dzień szabatu".
Neh 13:20 Wtedy handlarze i sprzedawcy wszelkiego towaru raz lub dwa razy przenocowali poza Jerozolimą.
Neh 13:21 Wówczas ich ostrzegłem i powiedziałem: "Czemu nocujecie przed murem? Jeśli jeszcze raz to zrobicie, podniosę na was rękę". Odtąd w szabat nie przychodzili.
Neh 13:22 Następnie rozkazałem lewitom, by się oczyścili i poszli czuwać przy bramach, żeby rzeczywiście święcono dzień szabatu. I o tym pamiętaj też, Boże mój, i miej litość nade mną według wielkiego miłosierdzia Twego.
Neh 13:23 W owym czasie widziałem też Żydów, którzy poślubili kobiety aszdodyckie, ammonickie i moabickie.
Neh 13:24 A co do synów ich - to połowa mówiła po aszdodycku czy językiem takiego lub innego narodu, a nie umieli mówić po żydowsku.
Neh 13:25 Wtedy zgromiłem ich i złorzeczyłem im, i niektórych z nich biłem, i targałem ich za włosy, i zaklinałem ich na Boga: "Nie wydawajcie córek swoich za ich synów! Nie bierzcie córek ich dla synów swoich ani dla was za żony!
Neh 13:26 Czyż nie przez to zgrzeszył Salomon, król izraelski? A przecież między wielu narodami nie było króla jak on. Był on miły Bogu swemu, i ustanowił go Bóg królem nad całym Izraelem: nawet jego skusiły do grzechu cudzoziemskie kobiety.
Neh 13:27 Czy mimo tej przestrogi ma się słyszeć o was, że popełniacie zupełnie to samo wielkie zło, sprzeniewierzając się Bogu naszemu przez poślubianie kobiet cudzoziemskich?"
Neh 13:28 Nawet jeden z synów Jojady, syna arcykapłana Eliasziba, był zięciem Choronity Sanballata. Odpędziłem go od siebie.
Neh 13:29 Nie zapomnij im, Boże mój, tego splamienia kapłaństwa i przymierza z kapłaństwem i lewitami.
Neh 13:30 I oczyściłem ich z wszelkiej cudzoziemszczyzny i ustanowiłem przepisy dla kapłanów i lewitów: dla każdego w jego zakresie;
Neh 13:31 dalej przepisy o dostarczaniu drewna w określonych terminach i o pierwocinach. Pamiętaj, Boże mój, o tym na moją korzyść!
Tak sobie przepatruję ks. Nehemiasza i czytam o Izraelitach wracających z niewoli babilońskiej, którzy mieli za żony cudzoziemki, połowa ich dzieci nie mówiła językiem hebrajskim (czy aramejskim) ; o kapłanie, który urządził apartament w świątyni pańskiej; o tym, że lewici zostali zmuszeni do opuszczenia służby bo Izrael o nich nie dbał, o łamaniu szabatu...
Wygląda na to, że 70-letnia niewola sprawiła, że (skoro chcieli być jak inne narody) zapomnieli Komu wierzą i kim są (jeśli chcesz być jak Justin Biber, musisz gardzić tym kim jesteś). Pewnie by się oburzyli: jak zapomnieli, skoro wyszli z Babilonu i wrócili do swojej ziemi???
Przemieszani byli...
Nie: oddzieleni...
Nie rozumieli Kim są...
I tak jest z chrześcijanami. Wszechobecna religia (ateizm, komunizm czy wegetarianizm to również religie... dziś nawet do nauki podchodzimy religijnie - choćby teoria Darwina ;) ) sprawiła , że ludzie traktują wiarę w Jezusa jak jeszcze jedną religię (denominacje!!), ot taki folklor...
A Bóg zawsze tych których powoływał nazywał wywołanymi lub oddzielonymi. Ludzie często uważali, że przez to są lepsi, ale nie taki jest cel oddzielenia. Bożym celem jest zwróenie uwagi na różnicę:
z Bogiem i bez Boga
światło i brak światła
błogosławieństwo i brak błogosławieństwa
królestwo Boże i królestwa pozostałe...
*Dlaczego sędziego? Jeśli przyrównamy to, co zrobił Nehemiasz do działalności sędziów, to okaże się, że dokładnie robił to samo co oni: poddawał się Bogu a przeciwstawiał się tym, którzy niszczyli Izraela, nawoływał do powrotu do Boga, przypominał Izraelowi to, o czym on zapomniał, przywracał lub ustanawiał Boże panowanie, rozsądzał między ludźmi...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogadałam sobie.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogadałam sobie.... Pokaż wszystkie posty
30 sierpnia 2017
12 października 2016
Życzenia...
Urodziny pewnej osoby skłoniły mnie do następujących przemyśleń i napisania życzeń:
Urodziny to okazja do składania życzeń. Ale czego życzyć człowiekowi, który uważa siebie za chrześcijanina?
Zdrowia? Niezły pomysł, bo lepiej umrzeć zdrowym niż chorym… Jak mówi Dobra Księga: “grzesznik niech wpadnie w ręce lekarza” ;)
Pomyślności? No nie wiem. Wiele z rzeczy które robimy, z Bogiem nie mają nic wspólnego, więc chyba lepiej, żeby pomyślność trzymała się od nas z daleka… ;)
Szczęścia? To jeszcze gorzej, bo Biblia nazywa szczęście bożkiem ( Iz 65:11 bw "Lecz was, którzy opuściliście Pana, zapomnieliście o mojej świętej górze, którzy bóstwu szczęścia zastawiacie stół, a bogini losu podajecie kielichy pełne przyprawionego wina,”).
Więc może najlepiej byłoby życzyć, aby modlitwa: “Ojcze nasz” była opisem naszego życia??
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię twoje, (10) przyjdź Królestwo twoje, bądź wola twoja, jak w niebie, tak i na ziemi. (11) Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, (12) i odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom; (13) i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego; albowiem twoje jest Królestwo i moc, i chwała na wieki wieków. Amen.
(9) Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje! (10) Niech przyjdzie królestwo Twoje; niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie. (11) Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; (12) i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili; (13) i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!
Tak więc życzę ci:
abyś wiedział nie tylko głową ale i sercem, że jesteś synem Boga który mieszka w niebie;
aby uwielbianie Jego Imienia było pasją twojego serca;
abyś wypełnił nakaz Jezusa: “szukajcie wpierw Królestwa Bożego” i aby wszystko inne wtedy było ci dane;
aby wypełnienie woli Boga było ważniejsze niż wypełnianie woli ludzi czy własnej duszy…;
abyś nie troszczył się o to, co będziesz jadł ale abyś zaufał Jego dobroci, która troszczy się o lilie i o ptaki, więc o wiele bardziej o własnego syna;
aby twoje serce i dusza były tak Mu poddane, aby mógł dotykać każdej ciemności i usuwać ją i aby inni mogli od ciebie doznać tego samego zrozumienia i łaski jaką Bóg ma dla ciebie;
abyś unikał tego co się Jemu nie podoba i aby On dał ci w tym zwycięstwo…
Etykiety:
Biblijnie rzecz biorąc,
humorystycznie,
my czy On,
pogadałam sobie...,
serce
18 czerwca 2016
WOW! Amazing New Hebrew Worship with English Subtitles Music Video from ...
Dopiero kiedy patrzyłam na ten teledysk i myślałam o tym, że on jest nie do strawienia przez wierzących Izraelitów, dotarło do mnie, że Jezus dla kobiet zrobił więcej, niż dla mężczyzn...
Religia ("chrześcijańska") spycha kobiety do getta i koniec końców wyznacza miejsce dla nich, które niczym nie różni się od starotestamentowego, tego pod przekleństwem: jesteś córką Ewy, zwodzicie mężczyzn, zasłona na głowę, miejsce z tyłu, milcz, bądź poddana swemu panu - i nie jest nim Jezus...
Jestem głęboko poruszona...
Maleo ti...
25 listopada 2015
No cóż...
... ponoć posłuszeństwo jest ważniejsze niż widzenie sensu, więc czas wziąć wirtualny długopis w rękę i wrócić do pisania.
Na rozruch będzie o Bożym poczuciu humoru...
Większość z nas nie ma zielonego pojęcia o tym, że poczucie humoru jest cechą osobowości Boga. Dla mnie samej było to odkrycie co najmniej dziesięciolecia, jak nie bardziej... Religijny obraz wiecznie rozgniewanego lub zasmuconego Boga wisi w kościelnym "powietrzu" jak smog nad Krakowem. Nie trzeba o nim mówić, nie trzeba go widzieć - świadczy sam o sobie niszcząc układ oddechowy u dzieci i starców, czyli najsłabszych.
Mimo iż nie "urodziłam się" w żadnym kościele, a więc startowałam z ciut mniejszym bagażem religijnych nawyków, ten obraz jak smog wciskał się w każde nauczanie czy poradę, bez względu na dobre chęci księży, pastorów, czy też zwykłych wierzących. Po latach żmudnego przebijania się przez smog, kiedy pierwszy raz zaczerpnęłam świeższego powietrza jakim był dowcip zrobiony mi przez Boga, moją pierwszą reakcją było przekonanie, że chyba jestem zwiedziona (skądinąd serdeczne gratulacje dla wszystkich nauczycieli: tak nauczać aby wszystko co inne, było samo w sobie dowodem na zwiedzenie ;) ). Mimo, że sama mam przerośnięte poczucie humoru, obraz Boga który żartuje i robi dowcipy był nie do przyjęcia. Wstrząs był dla mnie tak duży, że dziś nie pamiętam samego żartu, za to świetnie pamiętam huk walącego się muru w mojej głowie :)))
Jezus powiedział: sto domów, stu braci, sto pól, pośród prześladowań. Z własnego doświadczenia dodałabym również: sto Bożych żartów pomiędzy prześladowaniami a nawet w trakcie...
Oto jedna z sytuacji które pamiętam:
Córka (w trakcie poddawania jakiegoś problemu Bogu) do syna:
- powiedz mamie, że umieram w tym miejscu...
Syn do córki:
- to jak już umrzesz, to daj znać...
Długo nie mogłam złapać oddechu ze śmiechu :)))))
Często jest tak, że ten żart czy to słowny, czy splot wydarzeń, czy objawienie, jest tylko dla ciebie, tylko między wami, tzn. wynika z relacji jaką masz z Bogiem i nie da się przekazać innym (czasem wtedy można intensywnie odczuć wyznanie miłości i intymność płynącą od Niego). No bo jak przekazać innym moment, w którym podczas czytania najbardziej przerażającej chrześcijan księgi jaką jest księga Hioba, nagle masz wrażenie, że widzisz Boga stojącego przed Hiobem, łapiącego się pod boki, nachylającego się nad nim i mówiącego głosem nabrzmiałym od pękania z dumy z takiego syna; udającego groźne mówienie: "Któż tu zaciemnić chce zamiar słowami nierozumnymi? (3) Przepasz no biodra jak mocarz! Będę cię pytał - pouczysz Mnie..."
Kiedy już pozbierałam szczękę z podłogi zobaczyłam, że zniknęło przerażenie jakie zawsze towarzyszyło mi, kiedy czytałam Hioba: przestałam się bać, że tą księgą Bóg usprawiedliwia zsyłanie męki na chrześcijan, w tym na mnie (tak, tak, to jedna z bzdur w które uwierzyłam dzięki chrześcijanom... było ich więcej ;) ). Zobaczyłam, że nawet jeśli Bóg na pewne rzeczy przyzwala, to jednocześnie taka osoba jest Mu bliska, szczególnie jeśli nie podda się praniu mózgu, jakie fundują mu najbliżsi wierzący(patrz przyjaciele i żona).
Od tamtej pory Księga Hioba wywołuje uśmiech w moim sercu... Przestała być księgą Boga mogącego człowiekowi zrobić wszystko a stała się świadectwem przyjaźni i współpracy. No i jest jedyną bodajże księgą, gdzie Bóg jasno wyraził co myśli o tzw "świątobliwym gadaniu" - przeczytajcie wszystko, co powiedzieli przyjaciele Hioba w kontekście słów Boga: "Zapłonąłem gniewem na ciebie i na dwóch przyjaciół twoich, bo nie mówiliście o Mnie prawdy, jak sługa mój, Hiob".
Na rozruch będzie o Bożym poczuciu humoru...
Większość z nas nie ma zielonego pojęcia o tym, że poczucie humoru jest cechą osobowości Boga. Dla mnie samej było to odkrycie co najmniej dziesięciolecia, jak nie bardziej... Religijny obraz wiecznie rozgniewanego lub zasmuconego Boga wisi w kościelnym "powietrzu" jak smog nad Krakowem. Nie trzeba o nim mówić, nie trzeba go widzieć - świadczy sam o sobie niszcząc układ oddechowy u dzieci i starców, czyli najsłabszych.
Mimo iż nie "urodziłam się" w żadnym kościele, a więc startowałam z ciut mniejszym bagażem religijnych nawyków, ten obraz jak smog wciskał się w każde nauczanie czy poradę, bez względu na dobre chęci księży, pastorów, czy też zwykłych wierzących. Po latach żmudnego przebijania się przez smog, kiedy pierwszy raz zaczerpnęłam świeższego powietrza jakim był dowcip zrobiony mi przez Boga, moją pierwszą reakcją było przekonanie, że chyba jestem zwiedziona (skądinąd serdeczne gratulacje dla wszystkich nauczycieli: tak nauczać aby wszystko co inne, było samo w sobie dowodem na zwiedzenie ;) ). Mimo, że sama mam przerośnięte poczucie humoru, obraz Boga który żartuje i robi dowcipy był nie do przyjęcia. Wstrząs był dla mnie tak duży, że dziś nie pamiętam samego żartu, za to świetnie pamiętam huk walącego się muru w mojej głowie :)))
Jezus powiedział: sto domów, stu braci, sto pól, pośród prześladowań. Z własnego doświadczenia dodałabym również: sto Bożych żartów pomiędzy prześladowaniami a nawet w trakcie...
Oto jedna z sytuacji które pamiętam:
Córka (w trakcie poddawania jakiegoś problemu Bogu) do syna:
- powiedz mamie, że umieram w tym miejscu...
Syn do córki:
- to jak już umrzesz, to daj znać...
Długo nie mogłam złapać oddechu ze śmiechu :)))))
Często jest tak, że ten żart czy to słowny, czy splot wydarzeń, czy objawienie, jest tylko dla ciebie, tylko między wami, tzn. wynika z relacji jaką masz z Bogiem i nie da się przekazać innym (czasem wtedy można intensywnie odczuć wyznanie miłości i intymność płynącą od Niego). No bo jak przekazać innym moment, w którym podczas czytania najbardziej przerażającej chrześcijan księgi jaką jest księga Hioba, nagle masz wrażenie, że widzisz Boga stojącego przed Hiobem, łapiącego się pod boki, nachylającego się nad nim i mówiącego głosem nabrzmiałym od pękania z dumy z takiego syna; udającego groźne mówienie: "Któż tu zaciemnić chce zamiar słowami nierozumnymi? (3) Przepasz no biodra jak mocarz! Będę cię pytał - pouczysz Mnie..."
Kiedy już pozbierałam szczękę z podłogi zobaczyłam, że zniknęło przerażenie jakie zawsze towarzyszyło mi, kiedy czytałam Hioba: przestałam się bać, że tą księgą Bóg usprawiedliwia zsyłanie męki na chrześcijan, w tym na mnie (tak, tak, to jedna z bzdur w które uwierzyłam dzięki chrześcijanom... było ich więcej ;) ). Zobaczyłam, że nawet jeśli Bóg na pewne rzeczy przyzwala, to jednocześnie taka osoba jest Mu bliska, szczególnie jeśli nie podda się praniu mózgu, jakie fundują mu najbliżsi wierzący(patrz przyjaciele i żona).
Od tamtej pory Księga Hioba wywołuje uśmiech w moim sercu... Przestała być księgą Boga mogącego człowiekowi zrobić wszystko a stała się świadectwem przyjaźni i współpracy. No i jest jedyną bodajże księgą, gdzie Bóg jasno wyraził co myśli o tzw "świątobliwym gadaniu" - przeczytajcie wszystko, co powiedzieli przyjaciele Hioba w kontekście słów Boga: "Zapłonąłem gniewem na ciebie i na dwóch przyjaciół twoich, bo nie mówiliście o Mnie prawdy, jak sługa mój, Hiob".
14 sierpnia 2014
The Miracle Workers...
Ostatnio, po raz kolejny, oglądałam film pod polskim tytułem: "Cudotwórczyni". Wcześniej był on dla mnie genialną ilustracją współdziałania duchów Achaba i Jezabel. Ale tym razem poraziło mnie zupełnie co innego. Dosłownie poraziło...
Film opowiada historię niewidomej i głuchoniemej Helen Keller oraz jej niedowidzącej nauczycielki Ms. Anny Mansfield Sullivan. A dokładniej opowiada o walce o przebudzenie Helen. Anna nie przebiera w środkach, pozostając jakimś cudem w ramach swojego autorytetu (Hellen jest córką generała, bogatego plantatora, zaś Anna, jest sierotą nie znającą swoich rodziców, ubogą absolwentką szkoły dla niewidomych, a więc jest na poziomie niewiele wyższym niż służąca). Walczy ze ślepotą wydawałoby się widzących rodziców, złośliwością brata Hellen oraz z samą dziewczynką -przypominającą wcieloną Jezabel ;)...
To, co mną wstrząsnęło, to niezwykłe podobieństwo tej historii do tego, co ma miejsce w kościele:
1. Rodzice - Autorytety kościelne opiekujące się narodzonymi na nowo... Opierający się na swoich dokonaniach, swojej wiedzy, swoich bogactwach i swoim "współczuciu", przekonani o boskim prawie do władzy nad wiarą "maluczkich", nazywając to służbą...
2. Brat Helen - mające mądrość i serce młode pokolenie wierzących, jednocześnie rozgoryczone, cyniczne z powodu niemożności porozumienia z "wszechwiedzącymi" autorytetami...
3. Anna - wysłannicy Boga, mający autorytet dany od Boga oraz ponadnaturalną mądrość i wizję, nie rozpoznawani przez autorytety z powodu nie posiadania własnych dokonań, wiedzy, bogactw i "współczucia", lekceważeni z powodu widocznych braków (kłopoty ze wzrokiem, brak magisterek czy doktoratów, niekonwencjonalne postępowanie...)
4. Helen- większość nas przypomina po "nawróceniu" właśnie Helen: ślepi, głusi, nie mogący wyrazić co czujemy, rozkapryszeni, manipulujący i kontrolujący, domagający się słodyczy - wręcz łakomi na przyjemności, kłamcy, plotkarze, oszczercy, nienawidzący Boga, zuchwali, pyszni, chełpliwi, w tym, co złe - pomysłowi, rodzicom nieposłuszni... Jak faryzeusze z Jezusem walczymy zaciekle z tymi, którzy nam się sprzeciwiają, wskazując drogę uśmiercania starego człowieka, biegniemy do religijnych autorytetów głaszczących nas po główce i wzruszających się naszą tragiczną historią, wybaczających nam grzechy które i tak za chwilę popełnimy, bo nic innego w zamian prócz przebaczenia dla nas nie mają...
5. Służba i niewolnicy - część kościoła zniewolona poddańczo przez autorytety, przypominająca Izrael w Egipcie: wiedzą, że Bóg gdzieś jest, mają panów, którzy im mówią co mają robić i dostają w zamian "opiekę"...
Smutek przeplata się we mnie z nadzieją...
27 października 2013
Z pamiętnika nawiedzonej inaczej... Spotkanie...
Kolejny wpis z "dziennika pokładowego", tym razem z czerwca 2000 roku. Natknęłam się na niego i przeszył mnie...
Nigdy nie rozumiałam ludzi pragnących być jeszcze raz młodymi (pewnie dlatego, że sama byłam młoda ;) ) - ziemia jawiła mi się od dzieciństwa kolonią karną o zaostrzonym rygorze i bezdenną głupotą wydawało mi się chcieć przeżyć tu życie raz jeszcze. Ale kiedy czytałam to, co Bóg do mnie mówił 13 lat temu, CHCIAŁABYM MÓC przeżyć owe 13 lat z dzisiejszym zrozumieniem Jego wołania...
Starzeję się?? ;)
PS. Wybaczcie intymność tekstu, ale nie chciałam ingerować...
- Ojcze, tak bym chciała powrócić o pierwszej miłości, o pierwszego zachwytu Tobą, Jezusem. Chciałabym znów zapomnieć o wszystkim i spędzać czas z Tobą, z Wami…
Tęsknię…
- I Ja tęsknię… za tobą, za twoim sercem, za ufnością…
Ufałaś Mi jak dziecko, pamiętasz?
- Pamiętam. Chcę tego znów. Ale już na zawsze!
Tylko z Tobą jest możliwe WSZYSTKO.
A ja lubię „wszystko”…
Lubię być z Tobą.
Lubię Twoją CISZĘ.
Lubię odnajdywać Ciebie w różnych miejscach.
Lubię wielbić Twój ogrom…
Lubię nasłuchiwać Twój Głos, Twój szelest.
Lubię Ciebie.
Lubię Twoje dzieła.
Te głośne i te ciche.
Te wielkie i te małe.
Fascynuje mnie Twoje piękno.
PIĘKNO.
Fascynuje mnie Twoje słowo we wszystkich „wcieleniach” ;)
Wiesz, że nie mam już nic do zaoferowania?
- „… to, co cenne, bez tego, co pospolite…”
Ofiaruj Mi, ofiaruj Mi, ofiaruj Mi pierwociny, pierwociny wszystkiego, ofiaruj Mi, ofiaruj Mi, nie żałuj, nie powstrzymuj, nie żałuj, nie żałuj, nie obawiaj się, nie skąp, nie żałuj, nie żałuj, nie żałuj; rzeczy tego świata przemijają, nie zostają, nie mają wartości, nie karmią, nie są skarbem, JA JESTEM SKARBEM, JA JESTEM PERŁĄ. SPRZEDAJ WSZYSTKO, CO MASZ, SPRZEDAJ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, NIE ŻAŁUJ, NIE ŻAŁUJ, NIE ŻAŁUJ…
Nigdy nie rozumiałam ludzi pragnących być jeszcze raz młodymi (pewnie dlatego, że sama byłam młoda ;) ) - ziemia jawiła mi się od dzieciństwa kolonią karną o zaostrzonym rygorze i bezdenną głupotą wydawało mi się chcieć przeżyć tu życie raz jeszcze. Ale kiedy czytałam to, co Bóg do mnie mówił 13 lat temu, CHCIAŁABYM MÓC przeżyć owe 13 lat z dzisiejszym zrozumieniem Jego wołania...
Starzeję się?? ;)
PS. Wybaczcie intymność tekstu, ale nie chciałam ingerować...
- Ojcze, tak bym chciała powrócić o pierwszej miłości, o pierwszego zachwytu Tobą, Jezusem. Chciałabym znów zapomnieć o wszystkim i spędzać czas z Tobą, z Wami…
Tęsknię…
- I Ja tęsknię… za tobą, za twoim sercem, za ufnością…
Ufałaś Mi jak dziecko, pamiętasz?
- Pamiętam. Chcę tego znów. Ale już na zawsze!
Tylko z Tobą jest możliwe WSZYSTKO.
A ja lubię „wszystko”…
Lubię być z Tobą.
Lubię Twoją CISZĘ.
Lubię odnajdywać Ciebie w różnych miejscach.
Lubię wielbić Twój ogrom…
Lubię nasłuchiwać Twój Głos, Twój szelest.
Lubię Ciebie.
Lubię Twoje dzieła.
Te głośne i te ciche.
Te wielkie i te małe.
Fascynuje mnie Twoje piękno.
PIĘKNO.
Fascynuje mnie Twoje słowo we wszystkich „wcieleniach” ;)
Wiesz, że nie mam już nic do zaoferowania?
- „… to, co cenne, bez tego, co pospolite…”
Ofiaruj Mi, ofiaruj Mi, ofiaruj Mi pierwociny, pierwociny wszystkiego, ofiaruj Mi, ofiaruj Mi, nie żałuj, nie powstrzymuj, nie żałuj, nie żałuj, nie obawiaj się, nie skąp, nie żałuj, nie żałuj, nie żałuj; rzeczy tego świata przemijają, nie zostają, nie mają wartości, nie karmią, nie są skarbem, JA JESTEM SKARBEM, JA JESTEM PERŁĄ. SPRZEDAJ WSZYSTKO, CO MASZ, SPRZEDAJ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, KUP PERŁĘ, NIE ŻAŁUJ, NIE ŻAŁUJ, NIE ŻAŁUJ…
2 września 2013
Z pamiętnika nawiedzonej inaczej... Przesłanie o Seforze
Od 26 lat zapisuję niektóre spotkania, pyskówki (no cóż... świątobliwa to ja jestem jedynie w Jezusie, w sobie, to raczej: świątobliwa inaczej... ;) ), rozmowy (nie zawsze się awanturuję...) z Bogiem, a także niezliczone pytania do Niego(urodziłam się z nieuleczalną potrzebą zrozumienia o co Bogu chodzi... tak, tak, możecie mi współczuć, ja sobie też współczuję... :D) i odpowiedzi, których udzielał nader hojnie, biorąc pod uwagę ilość zapisanego przeze mnie papieru :). Postanowiłam podzielić się niektórymi zapiskami, ponieważ zauważyłam, że spora ilość ludzi sprowadza modlitwę do walki duchowej lub (i) świątobliwych formułek a zapomina, że jedyne o co chodzi, to o relację. Prawdziwa relacja wymaga uczciwości. Nie zakładamy masek. Udawanie przed Stwórcą jest równie śmieszne i żałosne jak udawanie przed aparatem rentgenowskim. Sprawdziłam! ;)
Dziś, z okazji setnego postu pierwszy zapisek z 11.08.2006r.
"Powołanie" str 126
"Musisz wrócić z przesłaniem o Seforze:
Nadchodzi czas, w którym nie zamieszkam wśród tych, którzy pragną być zaliczeni w poczet moich ludzi a nie obrzezali własnego serca. Musisz ostrzec ich przed moim gniewem..."
No cóż... obrzezanie polegało na nacięciu, lub odcięciu napletka - fałdu skóry chroniącego najbardziej unerwiony (czyli najbardziej wrażliwy) narząd w ciele mężczyzny.
Czy obrzezanie serca może polegać na zdarciu czy odcięciu ochrony jaką zakładamy na serce??? I udostępnieniu Bogu możliwości wkładania palców w najbardziej wrażliwe miejsca, chronione przez nas od niepamiętnych czasów???
No cóż, przynajmniej w moim przypadku jest to wysoce prawdopodobne...
Tylko, Panie, jak mam to zrobić? Jak zedrzeć tę osłonę???
Boże, ja się zgadzam. Tnij!!
Dopisek z 17.08 - To dziwne, ale wystarczyło się zgodzić. 2 dni później po raz pierwszy chyba w życiu poczułam, jak bardzo jestem krucha w środku - a ja miałam siebie za rozpędzoną lokomotywę... :D
Dziś, z okazji setnego postu pierwszy zapisek z 11.08.2006r.
"Powołanie" str 126
"Musisz wrócić z przesłaniem o Seforze:
Nadchodzi czas, w którym nie zamieszkam wśród tych, którzy pragną być zaliczeni w poczet moich ludzi a nie obrzezali własnego serca. Musisz ostrzec ich przed moim gniewem..."
No cóż... obrzezanie polegało na nacięciu, lub odcięciu napletka - fałdu skóry chroniącego najbardziej unerwiony (czyli najbardziej wrażliwy) narząd w ciele mężczyzny.
Czy obrzezanie serca może polegać na zdarciu czy odcięciu ochrony jaką zakładamy na serce??? I udostępnieniu Bogu możliwości wkładania palców w najbardziej wrażliwe miejsca, chronione przez nas od niepamiętnych czasów???
No cóż, przynajmniej w moim przypadku jest to wysoce prawdopodobne...
Tylko, Panie, jak mam to zrobić? Jak zedrzeć tę osłonę???
Boże, ja się zgadzam. Tnij!!
Dopisek z 17.08 - To dziwne, ale wystarczyło się zgodzić. 2 dni później po raz pierwszy chyba w życiu poczułam, jak bardzo jestem krucha w środku - a ja miałam siebie za rozpędzoną lokomotywę... :D
9 maja 2013
Biblijnie rzecz biorąc... Jeśli nie zobaczę…
Ludzie mówią: jeśli nie zobaczę to nie uwierzę... no to sprawdźmy, co ma do powiedzenia biblia w tym temacie (tłum. interlinearne):
Mat 28:2 I oto
trzęsienie stało się wielkie, zwiastun bowiem Pana zstąpiwszy z nieba i
podszedłszy odtoczył kamień i usiadł na nim.
Mat 28:3 Był zaś
wygląd jego jak błyskawica i odzienie jego białe jak śnieg.
Mat 28:4 Od zaś
strachu (przed nim) zatrzęśli się strzegący i stali się jak martwi.
Mat 28:11 (Gdy
wyruszały) zaś (one), oto jacyś (ze) straży przyszedłszy do miasta oznajmili
arcykapłanom wszystko, (co stało się).
Mat 28:12 I
zebrawszy się ze starszymi naradę wziąwszy, srebrniki (dość liczne) dali
żołnierzom,
Mat 28:13 mówiąc:
Powiedzcie, że: Uczniowie jego nocą przyszedłszy ukradli go, (gdy) my (spaliśmy).
Mat 28:14 I gdyby
usłyszane zostało to u namiestnika, my przekonamy [go] i was wolnymi od
kłopotów uczynimy.
Mat 28:15 Oni zaś wziąwszy
srebrniki uczynili, jak zostali nauczeni. I rozpowiedziane zostało słowo to
u Judejczyków aż do (tego) dzisiaj [dnia],
- strażnicy przekazali Sanhedrynowi, to, co widzieli i
doświadczyli. Nie byli uczniami a wiec nie można ich było podejrzewać o
stronniczość. Faryzeusze i kapłani mieli
naocznych świadków zmartwychwstania. Ani oni ani strażnicy nie uwierzyli…
Mat 27:53 i
wyszedłszy z grobowców po podniesieniu się jego weszły do świętego miasta i stały
się widzialne licznym.
-Jezus w przypowieści o zmarłym bogaczu powiedział, że
nawet gdyby ktoś zmarły powrócił i tak nie uwierzą mu i tak się stało w
Jerozolimie… przez co najmniej 3 dni byli świadectwem (niektórzy znawcy Pism
twierdzą, że po trzech dniach, wstąpili do nieba razem z Jezusem)
Mat 28:17 I
zobaczywszy go pokłonili się, (jacyś) zaś zwątpili.
- tym razem chodzi o samych uczniów: widzieli zmartwychwstałego
Jezusa na własne oczy i… zwątpili!!
Mar 3:1 I wszedł
znowu do synagogi. I był tam człowiek uschniętą mający rękę.
Mar 3:2 I
pilnowali go, czy (w) szabat uzdrowi go, aby (oskarżyć) go.
- przerażający zawód: strażnicy wiary. Za każdym razem,
kiedy tylko poczują Życie i powiew Wolności, kiedy oglądają zbawienie na
własne oczy - są gotowi zabić… Pełno ich na różnych forach chrześcijańskich…
Mar 4:41 I
przestraszyli się strachem wielkim, i mówili do siebie nawzajem: Kim zatem ten
jest, że i wiatr, i morze jest posłuszne mu?
- znów uczniowie: zamiast przyjąć potwierdzenie, że Jezus
jest Mesjaszem, przestraszyli się…
My i nasze małe schematy i wyobrażenia, dające nam jakże
złudne poczucie bezpieczeństwa…
Mar 5:14 I pasący
je uciekli, i oznajmili po mieście i po polach. I przyszli zobaczyć, co jest
to, co się stało.
Mar 5:15 I
przychodzą do Jezusa, i oglądają opętanego siedzącego, ubranego i
zachowującego rozsądek. (tego co) był mającym legion. i przestraszyli się.
Mar 5:16 I opisali
im (ci), (którzy zobaczyli), jak stało się opętanemu i o świniach.
Mar 5:17 I zaczęli
prosić go, odejść od granic ich.
- wiele razy, kiedy przychodzi Boże poruszenie do naszych
zborów, wspólnot, kościołów, zamiast z radością machnąć ręką na utratę jakichś
tam mniemanych czy prawdziwych dóbr, z jednej strony nie możemy zaprzeczyć
cudowi a z drugiej, czujemy się niewygodnie: nasze dobra, nasza pozycja, nasz
święty spokój są zagrożone…
Mar 6:4 I mówił im
Jezus, że: Nie jest prorok bez szacunku. jeśli nie w ojczyźnie jego, i u
krewnych jego. i w domu jego.
Mar 6:5 I nie mógł
tam uczynić żadnego dzieła mocy, jeśli nie paru niemocnym nałożywszy ręce
uzdrowił.
Mar 6:6 I dziwił
się z powodu niewiary ich. I obchodził wsie wokół nauczając.
- Rodzina, przyjaciele, bracia ze wspólnoty… niechże Bóg
kogoś namaści, niechże tylko ktoś się wychyli, niechże przestanie być tylko
cieślą, pasterzem, mechanikiem czy gospodynią domową… Nie wpadamy na pomysł
pytania Ducha Świętego o takie bzdury, przecież doskonale WIEMY, kto on czy ona
jest, przecież go znamy dobrze, zwiedziony jest…
Mar 6:51 I wszedł
do nich do łodzi, i uciszył się wiatr. I bardzo, [nadzwyczajnie], w
sobie zdumiewali się,
Mar 6:52 nie
bowiem zrozumieli o chlebach, ale było ich serce skamieniałe.
Mar 8:17 I poznawszy
mówi im: Dlaczego rozważacie, że chlebów nie macie? Jeszcze nie zauważacie, ani
pojmujecie? Skamieniałe macie serce wasze?
Mar 8:18 Oczy
mając nie patrzycie i uszy mając nie słuchacie? I nie przypominacie
sobie,
- wybrani przez samego Boga, przeznaczeni do sądzenia 12
pokoleń Izraela… Jeśli oni byli tacy tępi i twardzi (z całym szacunkiem dla
Wysłanników), to skąd w nas tyle przekonania, że my wszystko wiemy i znamy
drogi Boże?? Jesteśmy mniej ślepi i głusi niż oni??? Trzeba niezłej pychy, żeby
w to wierzyć…
Mar 9:18 …i powiedziałem uczniom twym, żeby go
wyrzucili, i nie mieli siły.
Mar 9:19 On zaś
odpowiadając im mówi: O pokolenie bez wiary. do kiedy przy was będę? Do
kiedy będę znosił was? Przynoście go do mnie.
- uczniowie, wysłannicy, ci, którzy nie tylko oglądali
najniesamowitsze cuda czynione rękami Jezusa, ale także i sami je czynili,
łącznie z wskrzeszaniem umarłych… Patrzyli, robili, dotykali i… nie wierzyli…
Mar 11:27 I
przychodzą znowu do Jerozolimy. I w świątyni (gdy chodzi) on, przychodzą do
niego arcykapłani i uczeni w piśmie i starsi.
Mar 11:28 I mówili
mu: Jaką władzą to czynisz? Lub kto ci dał władzę tę, aby to czyniłeś?
Mar 11:29 Zaś Jezus
powiedział im: Zapytam was jedno słowo* i odpowiedzcie mi, a powiem wam, jaką
władzą to czynię. [* O jedną rzecz.]
Mar 11:30 Chrzest
Jana z nieba był czy z ludzi? Odpowiedzcie mi.
Mar 11:31 I
rozważali do siebie mówiąc: Jeżeli powiedzielibyśmy: Z nieba, powie: Dla
czego [więc] nie uwierzyliście mu?
Mar 11:32 Ale
powiedzielibyśmy: Z ludzi? Bali się tłumu, wszyscy bowiem mieli Jana, istotnie
że prorokiem był.
Mar 11:33 I
odpowiadając Jezusowi mówią: Nie wiemy. I Jezus mówi im: Ani ja mówię wam, jaką
władzą to czynię.
- sama śmietanka, jeśli chodzi o władzę i autorytet…
Powołani do wiedzenia i rozumienia dróg, jakimi Duch Pana chadza, zadają takie
pytanie. Czemu?
Wersety 31-33 dają odpowiedź. Serce. Motywacje. To jest
powód, dla którego nie pytamy Ducha Świętego o prawdę. Zbyt cenimy sobie nasz
porządek, nasze zwyczaje, nasze dostojne tytuły i stołki, by pozwolić sobie na
ryzyko szukania prawdy…
Boże, zbaw nas od nas samych…
Etykiety:
Biblijnie rzecz biorąc,
bojaźń Boża,
pogadałam sobie...,
serce,
systemy w myśleniu,
wiara
5 maja 2013
Czas zmian...
Czułam od dłuższego czasu, ze jakieś zmiany szykują się w moim zyciu, ale że wyjadę z Polski i zamieszkam w Anglii - tego już bym nie wymyśliła... ... nawet moja wybujała wyobraźnia ma granice :D
Tak więc mieszkam w mieście słynnym z tego, ze ma jedno z najdłuższych molo (czy: mol? moli? molów? :D) w Europie, po molu jeździ tramwaj i tylko za Chiny Ludowe, nie uświadczysz w nim morza :D
Oto dowód:
| To nie jest zdjęcie pustyni marsjańskiej, słowo! |
| Ponad kilometr od brzegu w głąb morza... |
| Irish Sea - a wygląda jak pustynia w Afryce ;) |
| Widok na Liverpool ;) |
Czasem woda musi napływać, choć tego chyba najstarsi rybacy nie pamiętają ;):
| Widok na Blackpool |
| W tle: Southport |
A to rzeczony tramwaj jeżdżący po molo, oraz kawałek mojego palca - notorycznie zasłaniam obiektyw :D niestety, jeszcze nie oswoiłam iphona, stąd takie, a nie inne zdjonko:
Anglia to przedziwny kraj. Rosną w nim w zgodzie sosny i palmy, konie i psy noszą ubranka na spacerze czy wybiegu, tramwaj zamiast po mieście to po molo gania, w miejscu morza pustynia straszy a ludzie zamiast ludzką mową, po angielsku gadają :D Ale o dziwo, dobrze mi tutaj... :)
Pozdrawiam Was serdecznie: Bye ;)
9 stycznia 2013
Biblijnie rzecz biorąc... Nomen omen :)
Dz 8;1b IL
1b ...Stało sie zaś w tamtym dniu prześladowanie wielkie przeciwko (społeczności) wywołanych w Jerozolimie. Wszyscy zaś rozproszyli się po krainach Judei i Samarii oprócz [nomen omen] WYSŁANNIKÓW...
- z całym szacunkiem i miłością do Pierwszych Wywołanych: jeśli oni byli tak "tępi" w słuchaniu Pana, że potrzebowali prześladowań aby ruszyć na 4 strony świata i roznieść Dobrą Nowinę, to o ile bardziej my mamy swoje schematy i potrzebujemy... ???
Chyba powinnam poszerzyć listę bożków trzymających mnie poza wolą Boga...
1b ...Stało sie zaś w tamtym dniu prześladowanie wielkie przeciwko (społeczności) wywołanych w Jerozolimie. Wszyscy zaś rozproszyli się po krainach Judei i Samarii oprócz [nomen omen] WYSŁANNIKÓW...
- z całym szacunkiem i miłością do Pierwszych Wywołanych: jeśli oni byli tak "tępi" w słuchaniu Pana, że potrzebowali prześladowań aby ruszyć na 4 strony świata i roznieść Dobrą Nowinę, to o ile bardziej my mamy swoje schematy i potrzebujemy... ???
Chyba powinnam poszerzyć listę bożków trzymających mnie poza wolą Boga...
8 stycznia 2013
Biblijnie rzecz biorąc... Dobre wino...
J2;5-10 IL(tłum. interlinearne)
5. Mówi matka
jego sługom: To, co powie wam, uczyńcie.
6. Były zaś tam
kamienne stągwie, sześć, na oczyszczanie się Judejczyków położone, mające
miejsce na miary (ok. 40 l) dwie lub trzy
7. Mówi im Jezus: Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż do
góry.
8. I mówi im: Zaczerpnijcie teraz i nieście mistrzowi ceremonii.
Oni zaś zanieśli.
9. Jak zaś spróbował mistrz ceremonii wody winem stałej się i nie
wiedział skąd jest, zaś słudzy wiedzieli, ci, którzy zaczerpnęli wodę, woła
pana młodego mistrz ceremonii
10. i mówi mu: Każdy człowiek
najpierw dobre wino kładzie i kiedy staną się pijani, gorsze. Ty ustrzegłeś
dobre wino aż do teraz.
- od wieków patrzymy na ten sam schemat:
cokolwiek ludzie zaczynają: małżeństwo, wspólnotę czy biznes, wkładają w to czas, serce, finanse, pomysłowość,
gorliwość, kreatywność, energię, pasję…
Mija kilka lat i czasu jakby brakuje,
serce już tak nie bije radośnie, finanse warto by na co innego przeznaczyć,
pomysłowość zaczyna zmierzać w kierunku wykręcania się od wysiłku, gorliwie
zakrywamy niedoróbki, kreatywność zmarła śmiercią naturalną, a z energią to ogarnia
nas jedynie pasja „szewska”… ;)
Ty ustrzegłeś dobre wino aż do teraz – jakaż
to niezwykła pochwała…
Brzmi zupełnie jak zakończenie pewnego rozdziału z
Apokalipsy:
Obj 3:10 Tyś bowiem zachował nakaz mojej wytrwałości i
Ja cię zachowam od godziny próby, która ma przyjść na cały obszar zamieszkany,
by wypróbować tych, co mieszkają na ziemi.
Obj 3:11 Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt
twego wieńca nie zabrał!
Obj 3:12 Zwycięzcę uczynię filarem w świątyni Boga
mojego i już nie wyjdzie na zewnątrz. I na nim imię Boga mojego napiszę i imię
miasta Boga mojego, Nowego Jeruzalem, co z nieba zstępuje od mego Boga, i moje
nowe imię.
Ty ustrzegłeś dobre wino aż do teraz….
Ustrzegłeś...
27 grudnia 2012
Angielski anioł
W życiu człowieka wierzącego, przydarzają się na szczęście nie tylko trudy i cierpienia ale także historie, które wspomina się z "bananem na ustach" (tłumaczenie ze słownika bardzo współczesnej polszczyzny: uśmiech, który kończy się za uszami ;) ). Jedna z nich przydarzyła mi się podczas pobytu w słynnej, angielskiej, nadoceanicznej miejscowości, znanej z tego, iż ciężko spotkać tam ocean... nawet na plaży ;)
Jako, że udało nam się do spółki z synem wykończyć akumulatorki w słuchawce telefonicznej, poczułam się w obowiązku kupić nowe. Dzielnie wybrałam się do supermarketu, mając nadzieję, że w ten sposób ominę konieczność komunikowania się ze sprzedawcami, jako, że, nawet wyuczony przeze mnie na wszelki wypadek tekst: "am sorry, aj dont anderstend", wywoływał w Anglikach autentycznie wstrząsające uczucie zdumienia i sakramentalne pytanie: "ŁOT"??!! - koniecznie z dwoma znakami zapytania (po jednym w każdym oku) i dwoma wykrzyknikami (którym odpowiadały maksymalnie uniesione brwi)...
Ponieważ zupełnie nie pojmowałam, jak mogą nie rozumieć powyższego zdania, wypowiadanego przecież w ich ojczystym języku, starałam się maksymalnie omijać niebezpieczne dla mnie rafy konwersacji... Wytłumaczyć niestety nie mogłam, że w czasie przypisanym nauce, wtłaczano we mnie język rosyjski i jedynie w takowym - poza ojczystym - jestem w stanie porozumiewać się, a i to: "nie mnożka".
Tak więc zabrawszy ze sobą zużyty akumulatorek (czym unieruchomiłam jedyny w domu telefon na dobre 3 godziny :D) i wszedłszy do marketu, stanęłam przed półką z bateriami. Było ich ok. pół miliona (no dobra, przesadzam, jedynie ze 400 tys...) i ŻADNA z nich nie wyglądała jak moja, ani nawet nie była tej firmy.
Postanowiłam wykorzystać swoje detektywistyczne zdolności i zastosować metodę analizy porównawczej (w końcu nie musisz znać języka, by zauważyć, że na bateryjkach wyrazy są inne niż na akumulatorkach) tyle, że okazało się iż literki są maleńkie i nie widzę ani jednej - zaś okulary zostały w domu (40 min szybkim spacerem).
W momencie w którym zaczęłam kwestionować wysokość swojego ilorazu inteligencji, usłyszałam, że ktoś za moimi plecami mówi do mnie i to po angielsku. NIGDY, żaden tubylca, z własnej, nie przymuszonej przeze mnie woli, nie zaczepił mnie. Tak więc, zdumiona, wykonawszy wdzięczny półobrót, ujrzałam mężczyznę w średnim wieku, o angielskim typie urody, wyglądającego, jakby był nieco "po przejściach". Z szerokim uśmiechem na twarzy wciąż jeszcze mówił do mnie w języku Szekspira. Jedyne, czego byłam pewna to faktu, że nie była to kwestia Hamleta, bo tę bym rozpoznała: "tu bi, or not tu bi"; choć: "tu być, wrrr, nie tu być akumulatorek" niewątpliwie brzmi po polskiemu podobnie...
Nie nauczona niczego poprzednimi zdarzeniami, rozłożyłam szeroko ręce i z blondynkowym uśmiechem odrzekłam swoją nieśmiertelną kwestię: "am sorry, aj dont anderstend"... na co zareagował chwilowym popadnięciem w stupor. Na szczęście, nim wezwałam pomoc, złapał oddech i wykrztusił z siebie zdumione, zdaje się tradycyjne dla Anglików: "łot?!"
Moje możliwości porozumienia z nim zupełnie się skończyły. Pozostałe znane mi zdania czy słówka typu: "dont łorry bi hepi" lub co gorsza: "aj lowiu" mogły by jedynie zagmatwać i tak trudną dla nas sytuację.
Nagle jego twarz rozjaśnił uśmiech zrozumienia: "aaaa... - rzekł radośnie, - polisz?
"Nie polę" - powinnam pomyśleć, ale nie pomyślałam, zajęta zdumiewającym faktem, iż tak bezbłędnie rozpoznał moją przynależność etniczną. Zastanawiałam się czy naprowadziła go moja niewątpliwie słowiańska uroda jedynie nieco upływem czasu nadgryziona, czy też nieznajomość cywilizowanych języków.
"Polisz" - potwierdziłam skromnie, czym wywołałam radosną falę "polskich" słówek typu: "czeszcz". Po czwartym zamilknął zorientowawszy się, że rozumiem jego język polski jak on mój angielski, po czym przeszedł do działań bezpośrednich: delikatnie wyjął z mojej dłoni akumulatorek i po angielsku wytłumaczył mi, że te, których potrzebuję, znajdują się po prawej stronie na drugiej półce od góry i że mają tylko po 4 sztuki, po czym zdjął je z półki i włożył mi je do ręki. Zdumiona do kwadratu faktem, że mimo iż nie ROZUMIEM słów które do mnie mówił, jednocześnie doskonale WIEM co miał na myśli, zarażona jego an(g)ielską radością, serdecznie podziękowałam mu, powtarzając wielokrotnie: "tenk ju, werry, werry tenk". On odpowiedział coś w rodzaju: "nie ma za co, nie ma sprawy" i oddalił się.
Po uiszczeniu słonej należności, udałam się do wyjścia w stanie najdoskonalszej błogości i wniebowzięcia. Wchodzący do sklepu, widząc mój niezwykle szeroki uśmiech i błogostan promieniujący na wiele metrów naprzód, robili dwie rzeczy: najpierw odpowiadali równie szerokim uśmiechem, a następnie omijali mnie - na wszelki wypadek - szerokim łukiem :D
Minęło kilka tygodni, a spotkanie z moim an(g)ielskim pomocnikiem, wciąż wywołuje mi na twarzy i w sercu, ten sam uśmiech i uczucie błogostanu...
Panie, błogosław mojemu aniołowi kimkolwiek i gdziekolwiek jest...
Jako, że udało nam się do spółki z synem wykończyć akumulatorki w słuchawce telefonicznej, poczułam się w obowiązku kupić nowe. Dzielnie wybrałam się do supermarketu, mając nadzieję, że w ten sposób ominę konieczność komunikowania się ze sprzedawcami, jako, że, nawet wyuczony przeze mnie na wszelki wypadek tekst: "am sorry, aj dont anderstend", wywoływał w Anglikach autentycznie wstrząsające uczucie zdumienia i sakramentalne pytanie: "ŁOT"??!! - koniecznie z dwoma znakami zapytania (po jednym w każdym oku) i dwoma wykrzyknikami (którym odpowiadały maksymalnie uniesione brwi)...
Ponieważ zupełnie nie pojmowałam, jak mogą nie rozumieć powyższego zdania, wypowiadanego przecież w ich ojczystym języku, starałam się maksymalnie omijać niebezpieczne dla mnie rafy konwersacji... Wytłumaczyć niestety nie mogłam, że w czasie przypisanym nauce, wtłaczano we mnie język rosyjski i jedynie w takowym - poza ojczystym - jestem w stanie porozumiewać się, a i to: "nie mnożka".
Tak więc zabrawszy ze sobą zużyty akumulatorek (czym unieruchomiłam jedyny w domu telefon na dobre 3 godziny :D) i wszedłszy do marketu, stanęłam przed półką z bateriami. Było ich ok. pół miliona (no dobra, przesadzam, jedynie ze 400 tys...) i ŻADNA z nich nie wyglądała jak moja, ani nawet nie była tej firmy.
Postanowiłam wykorzystać swoje detektywistyczne zdolności i zastosować metodę analizy porównawczej (w końcu nie musisz znać języka, by zauważyć, że na bateryjkach wyrazy są inne niż na akumulatorkach) tyle, że okazało się iż literki są maleńkie i nie widzę ani jednej - zaś okulary zostały w domu (40 min szybkim spacerem).
W momencie w którym zaczęłam kwestionować wysokość swojego ilorazu inteligencji, usłyszałam, że ktoś za moimi plecami mówi do mnie i to po angielsku. NIGDY, żaden tubylca, z własnej, nie przymuszonej przeze mnie woli, nie zaczepił mnie. Tak więc, zdumiona, wykonawszy wdzięczny półobrót, ujrzałam mężczyznę w średnim wieku, o angielskim typie urody, wyglądającego, jakby był nieco "po przejściach". Z szerokim uśmiechem na twarzy wciąż jeszcze mówił do mnie w języku Szekspira. Jedyne, czego byłam pewna to faktu, że nie była to kwestia Hamleta, bo tę bym rozpoznała: "tu bi, or not tu bi"; choć: "tu być, wrrr, nie tu być akumulatorek" niewątpliwie brzmi po polskiemu podobnie...
Nie nauczona niczego poprzednimi zdarzeniami, rozłożyłam szeroko ręce i z blondynkowym uśmiechem odrzekłam swoją nieśmiertelną kwestię: "am sorry, aj dont anderstend"... na co zareagował chwilowym popadnięciem w stupor. Na szczęście, nim wezwałam pomoc, złapał oddech i wykrztusił z siebie zdumione, zdaje się tradycyjne dla Anglików: "łot?!"
Moje możliwości porozumienia z nim zupełnie się skończyły. Pozostałe znane mi zdania czy słówka typu: "dont łorry bi hepi" lub co gorsza: "aj lowiu" mogły by jedynie zagmatwać i tak trudną dla nas sytuację.
Nagle jego twarz rozjaśnił uśmiech zrozumienia: "aaaa... - rzekł radośnie, - polisz?
"Nie polę" - powinnam pomyśleć, ale nie pomyślałam, zajęta zdumiewającym faktem, iż tak bezbłędnie rozpoznał moją przynależność etniczną. Zastanawiałam się czy naprowadziła go moja niewątpliwie słowiańska uroda jedynie nieco upływem czasu nadgryziona, czy też nieznajomość cywilizowanych języków.
"Polisz" - potwierdziłam skromnie, czym wywołałam radosną falę "polskich" słówek typu: "czeszcz". Po czwartym zamilknął zorientowawszy się, że rozumiem jego język polski jak on mój angielski, po czym przeszedł do działań bezpośrednich: delikatnie wyjął z mojej dłoni akumulatorek i po angielsku wytłumaczył mi, że te, których potrzebuję, znajdują się po prawej stronie na drugiej półce od góry i że mają tylko po 4 sztuki, po czym zdjął je z półki i włożył mi je do ręki. Zdumiona do kwadratu faktem, że mimo iż nie ROZUMIEM słów które do mnie mówił, jednocześnie doskonale WIEM co miał na myśli, zarażona jego an(g)ielską radością, serdecznie podziękowałam mu, powtarzając wielokrotnie: "tenk ju, werry, werry tenk". On odpowiedział coś w rodzaju: "nie ma za co, nie ma sprawy" i oddalił się.
Po uiszczeniu słonej należności, udałam się do wyjścia w stanie najdoskonalszej błogości i wniebowzięcia. Wchodzący do sklepu, widząc mój niezwykle szeroki uśmiech i błogostan promieniujący na wiele metrów naprzód, robili dwie rzeczy: najpierw odpowiadali równie szerokim uśmiechem, a następnie omijali mnie - na wszelki wypadek - szerokim łukiem :D
Minęło kilka tygodni, a spotkanie z moim an(g)ielskim pomocnikiem, wciąż wywołuje mi na twarzy i w sercu, ten sam uśmiech i uczucie błogostanu...
Panie, błogosław mojemu aniołowi kimkolwiek i gdziekolwiek jest...
17 grudnia 2012
Proroczo rzecz biorąc... Potrzebuję Cię...
Oto kolejny tekst pieśni proroczej:
Potrzebuję Cię!
Potrzebuję Cię!
Potrzebuję Cię!
Tak rozpaczliwie potrzebuję Cię,
Tak serdecznie potrzebuję Cię,
Tak gorąco potrzebuję Cię,
Tak bardzo potrzebuję Cię,
Tak gorliwie potrzebuję Cię
Jak pustynia pragnie wody,
Jak pragnie by obdarzył ją ktoś zielenią, życiem…
Tak pragnę Cię Wodo moja,
Tak pragnę Cię, Życie moje,
Tak pragnę Cię, zdejmij ze mnie hańbę pustyni
Tak pragnę Cię, Życie moje, pragnę Cię,
Życie moje pragnę Cię,
Życie moje, pragnę Cię,
Niech nie zatrzyma Cię ten piasek
Niech nie zatrzyma Ciebie skała,
Na skale rosną drzewa,
Niech nie zatrzyma Ciebie piasek
Oazy mi potrzeba
Życie moje, wodo moja
Nadziejo moja, nadziejo moja/2x
Niech nie zatrzyma Cię gruz,
Niech nie zatrzyma Cię wiatr
Suchy wypijający wodę
Niech nie zatrzyma cię ten wiatr
Niech nie zatrzyma cię
Palące słońce, które wypija wszelką wodę;
Obłokiem mi bądź, schroń mnie w cieniu Twym.
Życie me, wodą mi bądź
Życiem mi bądź obłokiem mi bądź
Źródłem wody
Źródłem wody
Źródłem wody bądź mi...
Źródłem wody
Źródłem wody
Źródłem wody bądź mi...
Źródłem wody pod piaskami,
Źródłem wody bądź,
Źródłem wody pod skałami,
Aż przyjdzie Twoja moc.
Rozbijesz skałę mą,
Wytryśniesz życiem z głębi
Rozbijesz skałę mą,
Wytryśniesz życiem z głębi,
Nic nie zatrzyma cię
Nic nie zatrzyma cię
Nic nie zatrzyma cię
Nic nie zatrzyma cię
Trawa zielona…
Życie…
To już czas, to jest ten czas, to już czas…
Zmieniasz mnie, gdy patrzę w oblicze twe, zmieniam się,
Na obraz Twój zmieniasz mnie,
Już nie będę podobna
Już nie będę podobna do skały,
Już nie będę podobna do pustyni,
Już nie będę podobna do ciernistego krzaku głogu,
Na obraz Twój zmieniasz mnie,
Gdy w Twoją twarz wpatruję się
Gdy w oczach twych widzę miłość, jaką dla mnie masz
Zmieniam się…
Zmieniasz mnie, gdy wsłuchuję się
W serca twego ton, miłości dźwięk
Słyszalny w biciu serca twego
Zmieniasz mnie, zmieniasz mnie
Twoje spojrzenie w oczach mych
Twój słodki uśmiech na ustach mych
Zmieniasz mnie, kształtujesz na nowo
Na nowo na nowo na nowo na nowo
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Dłonie Twoje dotykają mnie, kształtują
Zmieniasz mnie, kawałek po kawałku...
Etykiety:
Jego mocą,
kobieta,
modlitwa,
piosenkowo,
poezjowo,
pogadałam sobie...,
proroctwo,
Rozmawiając z Bogiem...,
wiara
6 grudnia 2012
Morze którego nie ma...III
Wróciłam do Polski, klawiatura działa bez zarzutu, tak więc do dzieła:
Dwa tygodnie chodziłam na molo oczekując na ocean. Miałam nadzieję, że on jakoś dramatycznie różni
się od Bałtyku. No i różni się… Nie ma go. :D
Wykorzystuję więc molo do rozmów z Bogiem, bo cisza tam
jest niezwykła – mówię o ciszy w duchu oczywiście J
Któregoś dnia usłyszałam (mniej więcej) takie słowa: "Ten ocean jest
podobny do tego, co nazywacie chrześcijaństwem: wszyscy wiedzą, gdzie powinien
być, tyle, że go nie ma… Owszem, widać rzeczy drugorzędne, jak piach, muszle,
molo czy morskie ptaki [czyt: ludzi, tradycje, budynki czy programy ;) ]. Ale samej wody nie ma. To po pierwsze.
Po drugie: Baczny obserwator skonstatuje, że skoro piasek
jest mokry, to ten ocean jednak gdzieś musi być, tyle, że z jakiegoś bliżej nieznanego powodu ukrywa się ;)
[Może taki nieśmiały, choć przecież niemały :)]
[Może taki nieśmiały, choć przecież niemały :)]
Po trzecie: pewnego dnia nadejdzie czas przypływu i wtedy
to, co do tej pory było ukryte, ukaże się w całej krasie i potędze."
To ostatnie zdanie podobało mi się najbardziej :)
Wiecie, że przez cały miesiąc pobytu nad oceanem nie
widziałam go??? Bez względu na to, o której godzinie poszłam (a byłam nawet kilka
razy w nocy, po pierwszej), „ołszyn” nie raczył mi się objawić, łobuz
jeden…
To, co najbardziej mnie ubawiło w tej całej historii to
fakt, że w ostatnim tygodniu nie chciałam chodzić na molo, bo… obraziłam się na
ocean. W głębi serca czułam urazę do niego, że ja tu z taką radością i
zachwytem jechałam (żeby nie rzec: leciałam ;) ), a on nawet raz nie raczył mnię uraczyć czarem fal swoich :D
Obraziłam się na ocean!!! Już mnie chyba nic nie zdziwi :D
PS. A tak na marginesie: powinnam mu przebaczyć, jako dobra chrześcijanka?? ;) :D
Obraziłam się na ocean!!! Już mnie chyba nic nie zdziwi :D
PS. A tak na marginesie: powinnam mu przebaczyć, jako dobra chrześcijanka?? ;) :D
15 listopada 2012
Morze, którego nie widać...I
Bóg jest dobry - od roku pokazywał mi samoloty lądujące na pobliskim lotnisku, budząc niemożliwe do zrealizowania marzenie w moim sercu. 10 dni temu wsiadłam w samolot wylądowałam w nadmorskiej miejscowości w Anglii. Chodzę sobie po molo tak długim, że jeździ po nim tramwaj :D Siadam na ławeczce i wpatruję się w morze którego... nie ma... Jutro opowiem Wam o tym, co pokazał mi Pan :]
21 października 2012
Przebudzenie...
Byłam ostatnio w szpitalu. Moja pompa ssąco - tłocząca postanowiła odmówić współpracy, oburzona sposobem w jaki jest traktowana od pół wieku przez ludzi i przeze mnie.
Po tygodniu leżenia, przeprowadzono u mnie 24 godzinne EKG. Aby przynajmniej zbliżyć wyniki badań do tych występujących w środowisku naturalnym (czytaj: w domu ;) ), poproszono mnie o spacery i ewentualne chodzenie po schodach. Od godziny 8 do 10 udało mi się 2 razy zejść i wejść po stopniach w ilości połowy szpitalnego piętra, po czym spędzałam godzinę w łóżku, aby dojść do siebie. O 10.02 maszyneria zarejestrowała tętno 131/min. a dusza moja wizję raju ;)
Jakiś czas później przyszła do mnie Terenia. Niezwykła, Boża Kobieta! Na wstępie zapytała mnie, czemu Bóg kazał jej przynieść mi twarożek. Odpowiedziałam, iż pewnie dlatego, że w szpitalu dają wyłącznie wędlinę i śnię po nocach o serku białym :D
Po łapczywym spożyciu wyżej wymienionego dowodu Bożej troski o najmniejsze drobiazgi (tym razem było to podwójne "niebo w gębie" ;) ), Terenia wzięła mnie pod rękę i troskliwie poprowadziła na schody - jestem bardzo sumienna w wypełnianiu poleceń lekarzy (mówię to oczywiście przez wiarę... :D ). Zaliczyłyśmy całe piętro i wróciłyśmy do łóżka, z którego wyszłam po kilkunastu minutach i... zaczęłyśmy spędzać na schodach cały czas z przerwą na obiad. Zdziwiło mnie, że tak dobrze radzę sobie z wysiłkiem. W pewnym momencie nawet pomyślałam, że pewnie Tereska jest zdziwiona i zastanawia się, czy naprawdę jestem taka chora na jaką wyglądam ;)
Następnego dnia miałam próbę wysiłkową. Kiedy się okazało, że tym razem nie jest to rowerek tylko bieżnia, o mało nie zeszłam na zawał (powstrzymał mnie jedynie widok defibrylatora stojącego centralnie przede mną, albowiem od dziecka boję się kontaktu z prądem ;) ). Kilkanaście lat temu podczas podobnego badania na rowerku zasłabłam, stąd przed moimi oczyma wędrowały bardzo plastyczne obrazy rozbitej o pędzącą bieżnię twarzy :)
Kiedy włączono tę straszliwą maszynę do tortur, zmuszono mnie do szybkiego chodzenia, takiego, jak w dniach najlepszego samopoczucia. Z wzrastającą grozą myślałam co będzie dalej. W końcu maszyna pędziła mnie tak, jak za młodych lat "szłam" spóźniona na autobus. Z jednej strony byłam w stanie paniki (czekając na zasłabnięcie) a z drugiej, zdumiona, przyglądałam się reakcjom mojego serca i wiedziałam jedno: to nie moje ciało!!! Ostatnim gwoździem do trumny, była reakcja lekarza, który stwierdził: "ma pani lepsze wyniki, niż niejedna zdrowa osoba".
Po badaniu wołałam do Boga o wytłumaczenie mi co się dzieje - poważnie bałam się o stan mojego umysłu. I w całym tym zamieszaniu, nagle zobaczyłam jakby promień światła z nieba, naświetlający spacer z Terenią po schodach. A potem następny - zobaczyłam koleżankę mówiącą mi, że Terenia ma silny dar uzdrawiania i trzeci - zobaczyłam siebie na bieżni, kiedy myślałam: "to nie jest moje ciało"... I nagle dotarło do mnie - Bóg uzdrowił mnie po dwudziestu pięciu latach choroby i to bez modlitwy! Od tego dnia wszystkie wyniki badań były albo idealne albo w granicach normy. Wyszłam ze szpitala z zaleceniem odwiedzenia nie kardiologa, tylko... wiadomego specjalisty od pokręconych :D
A opowiedziałam Wam tę historię nie tylko aby oddać chwałę Bogu, ale także aby zwrócić Waszą uwagę na pewien aspekt skądinąd znany, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Po pierwsze: łatwiej było pomyśleć, że z moją psychiką jest coś nie tak, skoro tak nagle wyzdrowiałam po badaniu - które stwierdziło, że nic mi nie jest - niż przyjąć, że zostałam uzdrowiona.
Po drugie: Łatwiej było mi uwierzyć, że albo zwariowałam albo byłam symulantką 25 lat, niż domyślić się, że Bóg nie potrzebuje naszego nakładania rąk i "specjalistycznych" modlitw by uzdrowić kogoś. Zapomniałam jakoś, że kiedyś wystarczał cień apostołów...
Po trzecie: Czy się to komu podoba czy nie, w Polsce rozpoczęło się przebudzenie - ludzie budzą się ze snu i wołają do Boga o pomoc, przyjmują z ochotą modlitwy o ich uzdrowienie czy zbawienie, bez względu na miejsce w którym się znajdują, szukając realnego Boga a nie przynależności kościelnej. Tyle, że ponieważ wielu wierzących wie lepiej JAK powinno wyglądać przebudzenie ("napełnijmy nasz jedyny prawdziwy kościół"), odrzucają te wieści, twierdząc, że to zwiedzenie...
I na koniec cukierek: kilka dni temu, syn jadąc autem zabrał autostopowiczkę. Kobieta ledwie wsiadła do samochodu zaczęła płakać, że potrzebuje Boga i pytała jak może go znaleźć... Brzmi jak bajka, prawda? :D
Po tygodniu leżenia, przeprowadzono u mnie 24 godzinne EKG. Aby przynajmniej zbliżyć wyniki badań do tych występujących w środowisku naturalnym (czytaj: w domu ;) ), poproszono mnie o spacery i ewentualne chodzenie po schodach. Od godziny 8 do 10 udało mi się 2 razy zejść i wejść po stopniach w ilości połowy szpitalnego piętra, po czym spędzałam godzinę w łóżku, aby dojść do siebie. O 10.02 maszyneria zarejestrowała tętno 131/min. a dusza moja wizję raju ;)
Jakiś czas później przyszła do mnie Terenia. Niezwykła, Boża Kobieta! Na wstępie zapytała mnie, czemu Bóg kazał jej przynieść mi twarożek. Odpowiedziałam, iż pewnie dlatego, że w szpitalu dają wyłącznie wędlinę i śnię po nocach o serku białym :D
Po łapczywym spożyciu wyżej wymienionego dowodu Bożej troski o najmniejsze drobiazgi (tym razem było to podwójne "niebo w gębie" ;) ), Terenia wzięła mnie pod rękę i troskliwie poprowadziła na schody - jestem bardzo sumienna w wypełnianiu poleceń lekarzy (mówię to oczywiście przez wiarę... :D ). Zaliczyłyśmy całe piętro i wróciłyśmy do łóżka, z którego wyszłam po kilkunastu minutach i... zaczęłyśmy spędzać na schodach cały czas z przerwą na obiad. Zdziwiło mnie, że tak dobrze radzę sobie z wysiłkiem. W pewnym momencie nawet pomyślałam, że pewnie Tereska jest zdziwiona i zastanawia się, czy naprawdę jestem taka chora na jaką wyglądam ;)
Następnego dnia miałam próbę wysiłkową. Kiedy się okazało, że tym razem nie jest to rowerek tylko bieżnia, o mało nie zeszłam na zawał (powstrzymał mnie jedynie widok defibrylatora stojącego centralnie przede mną, albowiem od dziecka boję się kontaktu z prądem ;) ). Kilkanaście lat temu podczas podobnego badania na rowerku zasłabłam, stąd przed moimi oczyma wędrowały bardzo plastyczne obrazy rozbitej o pędzącą bieżnię twarzy :)
Kiedy włączono tę straszliwą maszynę do tortur, zmuszono mnie do szybkiego chodzenia, takiego, jak w dniach najlepszego samopoczucia. Z wzrastającą grozą myślałam co będzie dalej. W końcu maszyna pędziła mnie tak, jak za młodych lat "szłam" spóźniona na autobus. Z jednej strony byłam w stanie paniki (czekając na zasłabnięcie) a z drugiej, zdumiona, przyglądałam się reakcjom mojego serca i wiedziałam jedno: to nie moje ciało!!! Ostatnim gwoździem do trumny, była reakcja lekarza, który stwierdził: "ma pani lepsze wyniki, niż niejedna zdrowa osoba".
Po badaniu wołałam do Boga o wytłumaczenie mi co się dzieje - poważnie bałam się o stan mojego umysłu. I w całym tym zamieszaniu, nagle zobaczyłam jakby promień światła z nieba, naświetlający spacer z Terenią po schodach. A potem następny - zobaczyłam koleżankę mówiącą mi, że Terenia ma silny dar uzdrawiania i trzeci - zobaczyłam siebie na bieżni, kiedy myślałam: "to nie jest moje ciało"... I nagle dotarło do mnie - Bóg uzdrowił mnie po dwudziestu pięciu latach choroby i to bez modlitwy! Od tego dnia wszystkie wyniki badań były albo idealne albo w granicach normy. Wyszłam ze szpitala z zaleceniem odwiedzenia nie kardiologa, tylko... wiadomego specjalisty od pokręconych :D
A opowiedziałam Wam tę historię nie tylko aby oddać chwałę Bogu, ale także aby zwrócić Waszą uwagę na pewien aspekt skądinąd znany, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Po pierwsze: łatwiej było pomyśleć, że z moją psychiką jest coś nie tak, skoro tak nagle wyzdrowiałam po badaniu - które stwierdziło, że nic mi nie jest - niż przyjąć, że zostałam uzdrowiona.
Po drugie: Łatwiej było mi uwierzyć, że albo zwariowałam albo byłam symulantką 25 lat, niż domyślić się, że Bóg nie potrzebuje naszego nakładania rąk i "specjalistycznych" modlitw by uzdrowić kogoś. Zapomniałam jakoś, że kiedyś wystarczał cień apostołów...
Po trzecie: Czy się to komu podoba czy nie, w Polsce rozpoczęło się przebudzenie - ludzie budzą się ze snu i wołają do Boga o pomoc, przyjmują z ochotą modlitwy o ich uzdrowienie czy zbawienie, bez względu na miejsce w którym się znajdują, szukając realnego Boga a nie przynależności kościelnej. Tyle, że ponieważ wielu wierzących wie lepiej JAK powinno wyglądać przebudzenie ("napełnijmy nasz jedyny prawdziwy kościół"), odrzucają te wieści, twierdząc, że to zwiedzenie...
I na koniec cukierek: kilka dni temu, syn jadąc autem zabrał autostopowiczkę. Kobieta ledwie wsiadła do samochodu zaczęła płakać, że potrzebuje Boga i pytała jak może go znaleźć... Brzmi jak bajka, prawda? :D
30 sierpnia 2012
Biblijnie rzecz biorąc... Głębokość...
Eze 47:3 Potem poprowadził mnie ów mąż w kierunku wschodnim; miał on w ręku pręt mierniczy, odmierzył tysiąc łokci i kazał mi przejść przez wodę; woda sięgała aż do kostek.
Eze 47:4 Następnie znów odmierzył tysiąc [łokci] i kazał mi przejść przez wodę: sięgała aż do kolan; i znów odmierzył tysiąc [łokci] i kazał mi przejść: sięgała aż do bioder;
Eze 47:5 i znów odmierzył jeszcze tysiąc [łokci]: był tam już potok, przez który nie mogłem przejść, gdyż woda była za głęboka, była to woda do pływania, rzeka, przez którą nie można było przejść.
Te trzy wersety mówią m.in. o wzrastającej relacji z Bogiem w Duchu Świętym. Na początku Woda obmywa jedynie nasze stopy a różnica między tym, co jest, a czego wcześniej nie było(pustynia) sprawia, że wydaje nam się to takie niesamowite i głębokie. Tysiąc łokci to ok. pięćset metrów. Pół kilometra, czyli odległość, którą da ogarnąć się wzrokiem, jeśli nie mieszkamy w dżungli ;) Tak więc relacja powinna się pogłębiać stale i odczuwalnie dla nas.
Gdy Woda jest na wysokości bioder, również nasze ręce stają się mokre. To takie miejsce, w którym się nam wydaje, że możemy wszystko: mamy MOC!! ;)
Aż dochodzimy do miejsca, gdzie jest już tak głęboko, że tracimy grunt pod nogami. Sądząc po stanie chrześcijaństwa, zdaje się, że większość z nas woli płytkie, bezpieczne wody, na których budujemy zagrody dla ryb lub dołączamy do jednej z nich, nauczając, lub przyjmując naukę, że nie wolno wypływać poza zagrodę, że te ryby, które samotnie pływają, są jedynie karmą dla okrutnego szczupaka…;)
Jedynie niektórzy odważają się opuścić grunt, poczucie kontrolowania sytuacji, poczucie mocy czy posiadania autorytetu i poddać się całkowicie Jego woli, Jego mocy, Jego kierunkowi… Jak np. Bruchko („Bruchko” B. Olsona – ten to dopiero popłynął…) czy generałowie („Boży Generałowie” Liardona)
Eze 47:7 Gdy się odwróciłem, oto po obu stronach na brzegu rzeki znajdowało się wiele drzew.
Eze 47:8 A on rzekł do mnie: "Woda ta płynie na obszar wschodni, wzdłuż stepów, i rozlewa się w wodach słonych, i wtedy wody jego stają się zdrowe.
Trochę odwrotność bycia solą ;)
Eze 47:9 Wszystkie też istoty żyjące, od których tam się roi, dokądkolwiek potok wpłynie, pozostaną przy życiu: będą tam też niezliczone ryby, bo dokądkolwiek dotrą te wody, wszystko będzie uzdrowione.
Pamiętacie wizję Joynera o trzech armiach? Tam, gdzie przeszła ta trzecia wszystko kwitło, było całe i zdrowe…
Eze 47:10 Będą nad nimi stać rybacy począwszy od Engaddi aż do En-Eglaim, będzie to miejsce na zakładanie sieci i będą tam ryby równe rybom z wielkiego morza, w niezliczonej ilości.
Ciekawe, czy będzie tak, że stanie się to w świecie naturalnym, będąc jednocześnie obrazem świata duchowego…?
Eze 47:11 Ale jego błota i zalewy nie zostaną uzdrowione, one są pozostawione dla soli.
Mam wrażenie, że to ważny werset, ale jeszcze nie wiem, czego dotyczy…
Eze 47:12 A nad brzegami potoku mają rosnąć po obu stronach różnego rodzaju drzewa owocowe, których liście nie więdną, których owoce się nie wyczerpują; każdego miesiąca będą rodzić nowe, ponieważ ich woda przychodzi z przybytku. Ich owoce będą służyć za pokarm, a ich liście za lekarstwo".
„Owoce będą służyć za pokarm” – „po owocach ich poznacie”
Sensem życia drzewa, jest wydanie owocu, nie posiadanie liści – pamiętacie, Jezus przeklął drzewo figowe, ponieważ miało tylko liście, nie mogło Go nakarmić w związku z tym…
Liście kojarzą mi się z darami Ducha Świętego – są ważne i potrzebne do służby, ale nie karmią!!! Do tego służą owoce: Jan 15:2 Każdą latorośl we mnie, która nie przynosi owocu, odcina. Każdą zaś, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przyniosła [jeszcze] więcej owocu.
Biblijnie rzecz biorąc... Miłość i nienawiść ;)
Luk 14:26 "Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.
IL 14:26 Jeśli ktoś przychodzi do mnie i nie nienawidzi ojca swego i matki i żony i dzieci i braci i sióstr więc i duszy swojej, nie może być mym uczniem.
Myślę, że chodzi o „nienawiść” do tej części duszy swojej, na którą składają się m.in. emocje związane z najbliższymi. Żeby było ciekawie, nieprzyjaciół mamy miłować a najbliższych mieć w nienawiści… Od jednego i od drugiego, wszystko staje w człowieku na sztorc…
IL 14:26 Jeśli ktoś przychodzi do mnie i nie nienawidzi ojca swego i matki i żony i dzieci i braci i sióstr więc i duszy swojej, nie może być mym uczniem.
Myślę, że chodzi o „nienawiść” do tej części duszy swojej, na którą składają się m.in. emocje związane z najbliższymi. Żeby było ciekawie, nieprzyjaciół mamy miłować a najbliższych mieć w nienawiści… Od jednego i od drugiego, wszystko staje w człowieku na sztorc…
Boskie poczucie humoru ;)
26 sierpnia 2012
Wartości
Jakiś czas temu koleżanka poprosiła mnie, abym napisała czym są dla mnie wartości. Postawiła też warunek, że mam napisać nie: jak być powinno, tylko: jak jest.
Koniec świata nastąpił na moment ;) ponieważ ostatni raz, na zadany temat pisałam 31 lat temu :D
Jakoś tam napisałam i sama się zdziwiłam - jak to człowiek czasem nie wie sam, co wie... :D
Wartości… można je porównać do pewnego rodzaju „przepisów ruchu drogowego” obowiązujących w krainie: Moje Życie ;) Wszyscy je mają, choć każdy „kraj” ma inne. Stąd zresztą wynika totalne zagubienie, kiedy trafiamy na osobę mającą zupełnie inne wartości niż my J.
Są jak fundamenty domu – taki kształt jaki mają, taki będzie miał dom… są jak słupy narożne domu – wyznaczają granice…
Przypominają również kierunkowskazy – zdecydowanie wyznaczają kierunek w jakim zmierzam… a jednocześnie określają miejsca w jakich się mnie nie znajdzie ;)
Wartości można by zrównać z ideałami: życie nimi jest niezwykle trudne dla nas, porzucenie ich zaś, ze względu na domniemaną niemożliwość wprowadzenia ich w życie, jest niezwykle groźne dla społeczeństwa.
No cóż… Na pewno wartości którym się hołduje są czymś, czym się żyje nie myśląc na co dzień o nich i nie mając świadomości, że wpływają na nasze codzienne wybory… Dziś, z perspektywy półwiecza ( ;) ) zbieram owoce dawnych wyborów – w latach młodości przede wszystkim płaciłam ich cenę. Zauważyłam też, że ludzie, którzy w młodości poszli na kompromis, często mają odwrotnie: wcześniej zbierali owoce, dziś płacą ich cenę…
W moim życiu są dwie podstawowe wartości. Jedna to prawda, zaś druga to proste serce, czyli czystość intencji i motywacji. Obie stały się dla mnie tym, czym latarnia morska jest dla marynarzy – na wzburzonym oceanie życia, pomogły uniknąć wielu podwodnych skał o które mogłabym się całkowicie rozbić i stracić to, co mam najcenniejszego – czyli siebie samą…
Koniec świata nastąpił na moment ;) ponieważ ostatni raz, na zadany temat pisałam 31 lat temu :D
Jakoś tam napisałam i sama się zdziwiłam - jak to człowiek czasem nie wie sam, co wie... :D
Czym są dla Ciebie wartości
Rozczarowanie Bogiem...
Ostatnio kilka razy zdarzyło mi się doświadczyć dokładnie tego samego... byłam PEWNA, że prorok powiedział "TO" a odsłuchując nagranie, ze zdumieniem uświadamiałam sobie fakt, że zostało powiedziane coś zupełnie innego... To zdarzenie wywołało ciąg wspomnień i fale emocji... Słowa Boga do mojego życia... Całe stosy zeszytów z zapisanymi słowami (a ile nie zapisanych...): "zbuduję ci dom..." "będziesz szczęśliwa"..."będziesz obfitowała"... "ja Sam będę..." "uleczę cię"...
Te słowa tworzyły obrazy w moim umyśle, niestety, jak się okazało, były to obrazy pojęć które znałam, a Bóg rzadko robi rzeczy które ludzie znają: nie uzdrawia dwa razy tak samo, nie uwalnia dwa razy... etc.etc. No i ponieważ nie było tak, jak wydawało mi się, że Bóg powiedział, nieuchronnie przyszło rozczarowanie. (O miejscach do których doszłam w tym rozczarowaniu, zgoła pisać nie przystoi... wystarczy powiedzieć, że były absolutnie... anty...)
Zdaje się, że jest taki stopień rozczarowania (zawiedzenia się) Bogiem, iż po przekroczeniu pewnej miary czujesz, że już nie chcesz... Choćby był najlepszy, najpiękniejszy i najbardziej chętny do działania...
I widzisz siebie jako osobę która ginie... i lecisz w przepaść otwartą przez gniew i rozczarowanie.
I Jego dłoń chwyta cię zanim się rozbijesz o skały, bo On jest wierny, bo kocha ciebie, choć ty już nie kochasz Jego...
I stawia cię na skale, a skorupa rozgoryczenia pęka...
I może wreszcie przepływać Miłość - jak rzeka z szumem wdziera się do środka twego serca i wypełnia wszystkie dziury a dusza woła płacząc ze szczęścia: nie zostawiłeś mnie, nie zostawiłeś mnie, nie zostawiłeś...
Własnie jestem w tym miejscu... :)
Te słowa tworzyły obrazy w moim umyśle, niestety, jak się okazało, były to obrazy pojęć które znałam, a Bóg rzadko robi rzeczy które ludzie znają: nie uzdrawia dwa razy tak samo, nie uwalnia dwa razy... etc.etc. No i ponieważ nie było tak, jak wydawało mi się, że Bóg powiedział, nieuchronnie przyszło rozczarowanie. (O miejscach do których doszłam w tym rozczarowaniu, zgoła pisać nie przystoi... wystarczy powiedzieć, że były absolutnie... anty...)
Zdaje się, że jest taki stopień rozczarowania (zawiedzenia się) Bogiem, iż po przekroczeniu pewnej miary czujesz, że już nie chcesz... Choćby był najlepszy, najpiękniejszy i najbardziej chętny do działania...
I widzisz siebie jako osobę która ginie... i lecisz w przepaść otwartą przez gniew i rozczarowanie.
I Jego dłoń chwyta cię zanim się rozbijesz o skały, bo On jest wierny, bo kocha ciebie, choć ty już nie kochasz Jego...
I stawia cię na skale, a skorupa rozgoryczenia pęka...
I może wreszcie przepływać Miłość - jak rzeka z szumem wdziera się do środka twego serca i wypełnia wszystkie dziury a dusza woła płacząc ze szczęścia: nie zostawiłeś mnie, nie zostawiłeś mnie, nie zostawiłeś...
Własnie jestem w tym miejscu... :)
Etykiety:
bojaźń Boża,
Jego mocą,
krzyż,
pogadałam sobie...,
Rozmawiając z Bogiem...,
Słowo na "dziś",
wiara
Subskrybuj:
Posty (Atom)