CLICK HERE FOR FREE BLOGGER TEMPLATES, LINK BUTTONS AND MORE! »

8 stycznia 2013

Biblijnie rzecz biorąc... Dobre wino...


J2;5-10 IL(tłum. interlinearne)

5. Mówi matka jego sługom: To, co powie wam, uczyńcie.
6. Były zaś tam kamienne stągwie, sześć, na oczyszczanie się Judejczyków położone, mające miejsce na miary (ok. 40 l) dwie lub trzy
7. Mówi im Jezus: Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż do góry.
8. I mówi im: Zaczerpnijcie teraz i nieście mistrzowi ceremonii. Oni zaś zanieśli.
9. Jak zaś spróbował mistrz ceremonii wody winem stałej się i nie wiedział skąd jest, zaś słudzy wiedzieli, ci, którzy zaczerpnęli wodę, woła pana młodego mistrz ceremonii
10. i mówi mu: Każdy człowiek najpierw dobre wino kładzie i kiedy staną się pijani, gorsze. Ty ustrzegłeś dobre wino aż do teraz.

- od wieków patrzymy na ten sam schemat: cokolwiek ludzie zaczynają: małżeństwo, wspólnotę czy biznes, wkładają w to czas, serce, finanse, pomysłowość, gorliwość, kreatywność, energię, pasję…
Mija kilka lat i czasu jakby brakuje, serce już tak nie bije radośnie, finanse warto by na co innego przeznaczyć, pomysłowość zaczyna zmierzać w kierunku wykręcania się od wysiłku, gorliwie zakrywamy niedoróbki, kreatywność zmarła śmiercią naturalną, a z energią to ogarnia nas jedynie pasja „szewska”… ;)

Ty ustrzegłeś dobre wino aż do teraz – jakaż to niezwykła pochwała

Brzmi zupełnie jak zakończenie pewnego rozdziału z Apokalipsy:

Obj 3:10  Tyś bowiem zachował nakaz mojej wytrwałości i Ja cię zachowam od godziny próby, która ma przyjść na cały obszar zamieszkany, by wypróbować tych, co mieszkają na ziemi.
Obj 3:11  Przyjdę niebawem: Trzymaj, co masz, by nikt twego wieńca nie zabrał!
Obj 3:12  Zwycięzcę uczynię filarem w świątyni Boga mojego i już nie wyjdzie na zewnątrz. I na nim imię Boga mojego napiszę i imię miasta Boga mojego, Nowego Jeruzalem, co z nieba zstępuje od mego Boga, i moje nowe imię.

Ty ustrzegłeś dobre wino aż do teraz….
Ustrzegłeś...

27 grudnia 2012

Angielski anioł

W życiu człowieka wierzącego, przydarzają się na szczęście nie tylko trudy i cierpienia ale także historie, które wspomina się z "bananem na ustach" (tłumaczenie ze słownika bardzo współczesnej polszczyzny: uśmiech, który kończy się za uszami ;) ). Jedna z nich przydarzyła mi się podczas pobytu w słynnej, angielskiej, nadoceanicznej miejscowości, znanej z tego, iż ciężko spotkać tam ocean... nawet na plaży ;)

Jako, że udało nam się do spółki z synem wykończyć akumulatorki w słuchawce telefonicznej, poczułam się w obowiązku kupić nowe. Dzielnie wybrałam się do supermarketu, mając nadzieję, że w ten sposób ominę konieczność komunikowania się ze sprzedawcami, jako, że, nawet wyuczony przeze mnie na wszelki wypadek tekst: "am sorry, aj dont anderstend", wywoływał w Anglikach autentycznie wstrząsające uczucie zdumienia i sakramentalne pytanie: "ŁOT"??!! - koniecznie z dwoma znakami zapytania (po jednym w każdym oku) i dwoma wykrzyknikami (którym odpowiadały maksymalnie uniesione brwi)...
Ponieważ zupełnie nie pojmowałam, jak mogą nie rozumieć powyższego zdania, wypowiadanego przecież w ich ojczystym języku, starałam się maksymalnie omijać niebezpieczne dla mnie rafy konwersacji... Wytłumaczyć niestety nie mogłam, że w czasie przypisanym nauce, wtłaczano we mnie język rosyjski i jedynie w takowym - poza ojczystym - jestem w stanie porozumiewać się, a i to: "nie mnożka".
Tak więc zabrawszy ze sobą zużyty akumulatorek (czym unieruchomiłam jedyny w domu telefon na dobre 3 godziny :D) i wszedłszy do marketu, stanęłam przed półką z bateriami. Było ich ok. pół miliona (no dobra, przesadzam, jedynie ze 400 tys...) i ŻADNA z nich nie wyglądała jak moja, ani nawet nie była tej firmy.
Postanowiłam wykorzystać swoje detektywistyczne zdolności i zastosować metodę analizy porównawczej (w końcu nie musisz znać języka, by zauważyć, że na bateryjkach wyrazy są inne niż na akumulatorkach) tyle, że okazało się iż literki są maleńkie i nie widzę ani jednej  - zaś okulary zostały w domu (40 min szybkim spacerem).
W momencie w którym zaczęłam kwestionować wysokość swojego ilorazu inteligencji, usłyszałam, że ktoś za moimi plecami mówi do mnie i to po angielsku. NIGDY, żaden tubylca, z własnej, nie przymuszonej przeze mnie woli, nie zaczepił mnie. Tak więc, zdumiona, wykonawszy wdzięczny półobrót, ujrzałam mężczyznę w średnim wieku, o angielskim typie urody, wyglądającego, jakby był nieco "po przejściach". Z szerokim uśmiechem na twarzy wciąż jeszcze mówił do mnie w języku Szekspira. Jedyne, czego byłam pewna to faktu, że nie była to kwestia Hamleta, bo tę bym rozpoznała: "tu bi, or not tu bi"; choć: "tu być, wrrr, nie tu być akumulatorek" niewątpliwie brzmi po polskiemu podobnie...
Nie nauczona niczego poprzednimi zdarzeniami, rozłożyłam szeroko ręce i z blondynkowym uśmiechem odrzekłam swoją nieśmiertelną kwestię: "am sorry, aj dont anderstend"... na co zareagował chwilowym popadnięciem w stupor. Na szczęście, nim wezwałam pomoc, złapał oddech i wykrztusił z siebie zdumione, zdaje się tradycyjne dla Anglików: "łot?!"
Moje możliwości porozumienia z nim zupełnie się skończyły. Pozostałe znane mi zdania czy słówka typu: "dont łorry bi hepi" lub co gorsza: "aj lowiu" mogły by jedynie zagmatwać i tak trudną dla nas sytuację.
Nagle jego twarz rozjaśnił uśmiech zrozumienia: "aaaa... - rzekł radośnie, - polisz?
"Nie polę" - powinnam pomyśleć, ale nie pomyślałam, zajęta zdumiewającym faktem, iż tak bezbłędnie rozpoznał moją przynależność etniczną. Zastanawiałam się czy naprowadziła go moja niewątpliwie słowiańska uroda jedynie nieco upływem czasu nadgryziona, czy też nieznajomość cywilizowanych języków.
"Polisz" - potwierdziłam skromnie, czym wywołałam radosną falę "polskich" słówek typu: "czeszcz". Po czwartym zamilknął zorientowawszy się, że rozumiem jego język polski jak on mój angielski, po czym przeszedł do działań bezpośrednich: delikatnie wyjął z mojej dłoni akumulatorek i po angielsku wytłumaczył mi, że te, których potrzebuję, znajdują się po prawej stronie na drugiej półce od góry i że mają tylko po 4 sztuki, po czym zdjął je z półki i włożył mi je do ręki. Zdumiona do kwadratu faktem, że mimo iż nie ROZUMIEM słów które do mnie mówił, jednocześnie doskonale WIEM co miał na myśli, zarażona jego an(g)ielską radością, serdecznie podziękowałam mu, powtarzając wielokrotnie: "tenk ju, werry, werry tenk". On odpowiedział coś w rodzaju: "nie ma za co, nie ma sprawy" i oddalił się.

Po uiszczeniu słonej należności, udałam się do wyjścia w stanie najdoskonalszej błogości i wniebowzięcia. Wchodzący do sklepu, widząc mój niezwykle szeroki uśmiech i błogostan promieniujący na wiele metrów naprzód, robili dwie rzeczy: najpierw odpowiadali równie szerokim uśmiechem, a następnie omijali mnie - na wszelki wypadek - szerokim łukiem :D

Minęło kilka tygodni, a spotkanie z moim an(g)ielskim pomocnikiem, wciąż wywołuje mi na twarzy i w sercu, ten sam uśmiech i uczucie błogostanu...
Panie, błogosław mojemu aniołowi kimkolwiek i gdziekolwiek jest...

17 grudnia 2012

Proroczo rzecz biorąc... Potrzebuję Cię...

Oto kolejny tekst pieśni proroczej:

Potrzebuję Cię!
Potrzebuję Cię!
Potrzebuję Cię!
Tak rozpaczliwie potrzebuję Cię,
Tak serdecznie potrzebuję Cię,
Tak gorąco potrzebuję Cię,
Tak bardzo potrzebuję Cię,
Tak gorliwie potrzebuję Cię

Jak pustynia pragnie wody,
Jak pragnie by obdarzył ją ktoś zielenią, życiem…
Tak pragnę Cię Wodo moja,
Tak pragnę Cię, Życie moje,
Tak pragnę Cię, zdejmij ze mnie hańbę pustyni
Tak pragnę Cię, Życie moje, pragnę Cię,
Życie moje pragnę Cię,
Życie moje, pragnę Cię,
Niech nie zatrzyma Cię ten piasek

Niech nie zatrzyma Ciebie skała,
Na skale rosną drzewa,
Niech nie zatrzyma Ciebie piasek
Oazy mi potrzeba

Życie moje, wodo moja
Nadziejo moja, nadziejo moja/2x

Niech nie zatrzyma Cię gruz,
Niech nie zatrzyma Cię wiatr
Suchy wypijający wodę
Niech nie zatrzyma cię ten wiatr
Niech nie zatrzyma cię
Palące słońce, które wypija wszelką wodę;
Obłokiem mi bądź, schroń mnie w cieniu Twym.

Życie me, wodą mi bądź
Życiem mi bądź obłokiem mi bądź
Źródłem wody 
Źródłem wody
Źródłem wody bądź mi...
Źródłem wody 
Źródłem wody
Źródłem wody bądź mi...


Źródłem wody pod piaskami,
Źródłem wody bądź,
Źródłem wody pod skałami,
Aż przyjdzie Twoja moc.

Rozbijesz skałę mą,
Wytryśniesz życiem z głębi
Rozbijesz skałę mą,
Wytryśniesz życiem z głębi,
Nic nie zatrzyma cię
Nic nie zatrzyma cię
Nic nie zatrzyma cię
Nic nie zatrzyma cię

Trawa zielona…
Życie… 
To już czas, to jest ten czas, to już czas…

Zmieniasz mnie, gdy patrzę w oblicze twe, zmieniam się,
Na obraz Twój zmieniasz mnie,
Już nie będę podobna
Już nie będę podobna do skały,
Już nie będę podobna do pustyni,
Już nie będę podobna do ciernistego krzaku głogu,

Na obraz Twój zmieniasz mnie,
Gdy w Twoją twarz wpatruję się
Gdy w oczach twych widzę miłość, jaką dla mnie masz
Zmieniam się…
Zmieniasz mnie, gdy wsłuchuję się
W serca twego ton, miłości dźwięk
Słyszalny w biciu serca twego

Zmieniasz mnie, zmieniasz mnie
Twoje spojrzenie w oczach mych
Twój słodki uśmiech na ustach mych
Zmieniasz mnie, kształtujesz na nowo
Na nowo na nowo na nowo na nowo
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie
Zmieniasz mnie

Dłonie Twoje dotykają mnie, kształtują
Zmieniasz mnie, kawałek po kawałku...

6 grudnia 2012

Morze którego nie ma...III


Wróciłam do Polski, klawiatura działa bez zarzutu, tak więc do dzieła:

    Dwa tygodnie chodziłam na molo oczekując na ocean.  Miałam nadzieję, że on jakoś dramatycznie różni się od Bałtyku. No i różni się… Nie ma go. :D
Wykorzystuję więc molo do rozmów z Bogiem, bo cisza tam jest niezwykła – mówię o ciszy w duchu oczywiście J

Któregoś dnia usłyszałam (mniej więcej) takie słowa: "Ten ocean jest podobny do tego, co nazywacie chrześcijaństwem: wszyscy wiedzą, gdzie powinien być, tyle, że go nie ma… Owszem, widać rzeczy drugorzędne, jak piach, muszle, molo czy morskie ptaki [czyt: ludzi, tradycje, budynki czy programy ;) ]. Ale samej wody nie ma. To po pierwsze.
Po drugie: Baczny obserwator skonstatuje, że skoro piasek jest mokry, to ten ocean jednak gdzieś musi być, tyle, że z jakiegoś bliżej nieznanego powodu  ukrywa się ;)
[Może taki nieśmiały, choć przecież niemały :)]
Po trzecie: pewnego dnia nadejdzie czas przypływu i wtedy to, co do tej pory było ukryte, ukaże się w całej krasie i potędze."
To ostatnie zdanie podobało mi się najbardziej :)

    Wiecie, że przez cały miesiąc pobytu nad oceanem nie widziałam go??? Bez względu na to, o której godzinie poszłam (a byłam nawet kilka razy w nocy, po pierwszej), „ołszyn” nie raczył mi się objawić, łobuz jeden…
To, co najbardziej mnie ubawiło w tej całej historii to fakt, że w ostatnim tygodniu nie chciałam chodzić na molo, bo… obraziłam się na ocean. W głębi serca czułam urazę do niego, że ja tu z taką radością i zachwytem jechałam (żeby nie rzec: leciałam ;) ), a on nawet raz nie raczył mnię uraczyć czarem fal swoich :D
Obraziłam się na ocean!!! Już mnie chyba nic nie zdziwi :D

PS. A tak na marginesie: powinnam mu przebaczyć, jako dobra chrześcijanka?? ;) :D

19 listopada 2012

Morze którego nie ma...II

Mał być: jutr
Jak widać po powyższym tekście, zbuntowała mi się klawatura. Czemu "wyskoczyło" kilka liter, nie wiem. Miałam nadzeję, że uda się pokonać problem, ale jak widać nie udało się. Jak tylko dorwę się do "zdrowej klawiatury", zaraz napiszę  o morzu :)

15 listopada 2012

Morze, którego nie widać...I

Bóg jest dobry - od roku pokazywał mi samoloty lądujące na pobliskim lotnisku, budząc niemożliwe do zrealizowania marzenie w moim sercu. 10 dni temu wsiadłam w samolot  wylądowałam w nadmorskiej miejscowości w Anglii. Chodzę sobie po molo tak długim, że jeździ po nim tramwaj :D Siadam na ławeczce  i wpatruję się w morze którego... nie ma... Jutro opowiem Wam o tym, co pokazał mi Pan :]

21 października 2012

Przebudzenie...

      Byłam ostatnio w szpitalu. Moja pompa ssąco - tłocząca postanowiła odmówić współpracy, oburzona sposobem w jaki jest traktowana od pół wieku przez ludzi i przeze mnie.
Po tygodniu leżenia, przeprowadzono u mnie 24 godzinne EKG. Aby przynajmniej zbliżyć wyniki badań do tych występujących w środowisku naturalnym (czytaj: w domu ;) ), poproszono mnie o spacery i ewentualne chodzenie po schodach. Od godziny 8 do 10  udało mi się 2 razy zejść i wejść po stopniach w ilości połowy szpitalnego piętra, po czym spędzałam godzinę w łóżku, aby dojść do siebie. O 10.02 maszyneria zarejestrowała tętno 131/min. a dusza moja wizję raju ;)
Jakiś czas później przyszła do mnie Terenia. Niezwykła, Boża Kobieta! Na wstępie zapytała mnie, czemu Bóg kazał jej przynieść mi twarożek. Odpowiedziałam, iż pewnie dlatego, że w szpitalu dają wyłącznie wędlinę i śnię po nocach o serku białym :D
Po łapczywym spożyciu wyżej wymienionego dowodu Bożej troski o najmniejsze drobiazgi (tym razem było to podwójne "niebo w gębie" ;) ), Terenia wzięła mnie pod rękę i troskliwie poprowadziła na schody - jestem bardzo sumienna w wypełnianiu poleceń lekarzy (mówię to oczywiście przez wiarę... :D ). Zaliczyłyśmy całe piętro i wróciłyśmy do łóżka, z którego wyszłam po kilkunastu minutach i... zaczęłyśmy spędzać na schodach cały czas z przerwą na obiad. Zdziwiło mnie, że tak dobrze radzę sobie z wysiłkiem. W pewnym momencie nawet pomyślałam, że pewnie Tereska jest zdziwiona i zastanawia się, czy naprawdę jestem taka chora na jaką wyglądam ;)
Następnego dnia miałam próbę wysiłkową. Kiedy się okazało, że tym razem nie jest to rowerek tylko bieżnia, o mało nie zeszłam na zawał (powstrzymał mnie jedynie widok defibrylatora stojącego centralnie przede mną, albowiem od dziecka boję się kontaktu z prądem ;) ). Kilkanaście lat temu podczas podobnego badania na rowerku zasłabłam, stąd przed moimi oczyma wędrowały bardzo plastyczne obrazy rozbitej o pędzącą bieżnię twarzy :)
Kiedy włączono tę straszliwą maszynę do tortur, zmuszono mnie do szybkiego chodzenia, takiego, jak w dniach najlepszego samopoczucia. Z wzrastającą grozą myślałam co będzie dalej. W końcu maszyna pędziła mnie tak, jak za młodych lat "szłam" spóźniona na autobus. Z jednej strony byłam w stanie paniki (czekając na zasłabnięcie) a z drugiej, zdumiona, przyglądałam się reakcjom mojego serca i wiedziałam jedno: to nie moje ciało!!! Ostatnim gwoździem do trumny, była reakcja lekarza, który stwierdził: "ma pani lepsze wyniki, niż niejedna zdrowa osoba".

Po badaniu wołałam do Boga o wytłumaczenie mi co się dzieje - poważnie bałam się o stan mojego umysłu. I w całym tym zamieszaniu, nagle zobaczyłam  jakby promień światła z nieba, naświetlający spacer z Terenią po schodach. A potem następny - zobaczyłam koleżankę mówiącą mi, że Terenia ma silny dar uzdrawiania i trzeci - zobaczyłam siebie na bieżni, kiedy myślałam: "to nie jest moje ciało"... I nagle dotarło do mnie - Bóg uzdrowił mnie po dwudziestu pięciu latach choroby i to bez modlitwy! Od tego dnia wszystkie wyniki badań były albo idealne albo w granicach normy. Wyszłam ze szpitala z zaleceniem odwiedzenia nie kardiologa, tylko... wiadomego specjalisty od pokręconych :D

A opowiedziałam Wam tę historię nie tylko aby oddać chwałę Bogu, ale także aby zwrócić Waszą uwagę na pewien aspekt skądinąd znany, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Po pierwsze: łatwiej było pomyśleć, że z moją psychiką jest coś nie tak, skoro tak nagle wyzdrowiałam po badaniu - które stwierdziło, że nic mi nie jest - niż przyjąć, że zostałam uzdrowiona.
Po drugie: Łatwiej było mi uwierzyć, że albo zwariowałam albo byłam symulantką 25 lat, niż domyślić się, że Bóg nie potrzebuje naszego nakładania rąk i "specjalistycznych" modlitw by uzdrowić kogoś. Zapomniałam jakoś, że kiedyś wystarczał cień apostołów...
Po trzecie: Czy się to komu podoba czy nie, w Polsce rozpoczęło się przebudzenie - ludzie budzą się ze snu i wołają do Boga o pomoc, przyjmują z ochotą modlitwy o ich uzdrowienie czy zbawienie, bez względu na miejsce w którym się znajdują, szukając realnego Boga a nie przynależności kościelnej. Tyle, że ponieważ wielu wierzących wie lepiej JAK powinno wyglądać przebudzenie ("napełnijmy nasz jedyny prawdziwy kościół"), odrzucają te wieści, twierdząc, że to zwiedzenie...

I na koniec cukierek: kilka dni temu, syn jadąc autem zabrał autostopowiczkę. Kobieta ledwie wsiadła do samochodu zaczęła płakać, że potrzebuje Boga i pytała jak może go znaleźć... Brzmi jak bajka, prawda? :D

27 września 2012

Okruchy mądrości...

Moc i sukces duchowy każdego bez wyjątku człowieka zależy tylko od tego, jak wielkim stał się w Jego życiu Bóg. A.A.Allen

11 września 2012

Bez komentarza...

"Jeśli więc w Chrystusie jest jakaś zachęta, jakaś pociecha miłości, jakaś
wspólnota Ducha, jakieś współczucie i zmiłowanie, dopełnijcie radości
mojej i bądźcie jednej myśli, mając tę samą miłość, zgodni, ożywieni
jednomyślnością" (Flp. 2:1,2 BW).

"Czy wasze serca są wrażliwe i współczujące? To sprawcie, abym był
prawdziwie szczęśliwy, zgadzając się ze sobą nawzajem z całego serca,
kochając się nawzajem i współpracując razem w jednej myśli i jednym celu"
(Flp. 2:1,2 NLT).

Błąd, fałszywe nauczania i herezja zawsze należały do najważniejszych
sposobów, przez które diabeł stara się zniszczyć "świadectwo Jezusa",
kiedy jednak wprowadził broń, która znana jest jako "modernizm" czy
"wyższy krytycyzm", użył dubeltówki.
Jedna lufa skierowana jest bezpośrednio w wielkie fundamentalne prwdy
dotyczące Osoby Chrystusa, dzieła Chrystusa i w autorytet Biblii.
Wprowadził więc wielkie zamieszanie, lecz można by się zastanawiać czy da
się to w ogóle porównać ze zniszczeniami dokonywanymi przez jego drugą,
blisko spokrewnioną lufę. Wylał przez nią wielkie ilości, chmary,
podejrzeń, strachu, braku zaufania i wszelkich przykrych tego skutków
wśród prawdziwych chrześcijan. Nie ma obecnie nikogo, kto mógłby być
bezpieczny w tym "chrześcijańskim" świecie i w tej atmosferze. Niektórzy
najbardziej znamienici i byli zwolennicy popadli poważnie w jego wstrętny
wyziew i pomarli z powodu złamanych tym serc - a to wszystko tak
nieprawdziwe! Wróg nie powstrzyma się przed niczym, aby podzielić
ostatnich dwóch chrześcijan, a jeśli nie może znaleźć solidnego gruntu do
tego rozsiewając podejrzenia i nieufność - "pogłoski" - zrobi to przez
wykrzywienie czegokolwiek, co do się wykrzywić...
Błagamy wszystkich, do których to przesłanie może dotrzeć, aby prosili
Pana, aby, jeśli potrzeba, całkowicie zabezpieczył ich umysły w tej
sprawie. Czy nie byłoby to bardziej zgodne z Duchem Mistrza, który
powiedział: "Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem" oraz
"Kto nie jest przeciwko nam, jest z nami", gdybyśmy na każdą taką
pogłoskę, "plotkę", krytycyzm, sąd, insynuację, aluzję czy podszept,
natychmiast zadawali pytanie: "Czy to jest prawda? Czy mówiącym, bądź
piszącym, rzeczywiście o to chodziło?" Czy można nadać temu inne
znaczenie? Czy nie jest, choćby tylko być może, niefortunne wyrażenie się,
ale może niekoniecznie złośliwe?

Czyż nie powinniśmy przed przyjęciem wieści, sprawdzać czy nasza
interpretacja jest właściwa, czy może to my się mylimy? Przeciwnik
gorliwie i bardziej niż kiedykolwiek wcześniej angażuje się w kampanię
sabotażu wewnątrz kościoła, aby dokonać jego rozpadu od wewnątrz i do nas
należy sprzeciwianie się mu w ten sposób, żeby szukać wszelkich możliwych
pozytywnych aspektów społeczności, nie patrząc na wszystkie negatywy, czy
to istniejące rzeczywiście czy wyimaginowane.

By T. Austin-Sparks from: Understanding of the Times

5 września 2012

Proroczo rzecz biorąc...

http://www.youtube.com/watch?v=6CUGTIWCFyo

Tłumaczenie tekstu dla nieangielskojęzycznych ;)
"Czy wiesz, że należysz do Boga Wszechświata. Bóg Kocha cię tak bardzo, że dał Swojego Jedynego Syna,
w którego jeśli uwierzysz nie zginiesz, a żyć będziesz wiecznie.    Te słowa są od Boga dla Ciebie:   Miłości Mego życia spójrz głęboko w Moje oczy.
Znajdziesz tam to, czego szukasz/pragniesz/potrzebujesz.
Daj Mi swe życie, swoje zagubienie, kłamstwa, lęki z przeszłości/lęk, przeszłość, swoją siłę.
Ty uciekasz przede Mną.
Ty należysz do Mnie. Ja Jestem twoją Miłością.
Śmierć nie może Nas rozdzielić. Ja za ciebie umarłem.
Moja Miłość związuje nas i jednoczy na dobre i złe na zawsze.
To jest tajemnica życia   Miłości mego życia spójrz głęboko w moje oczy. 
Znajdziesz tam to, czego szukasz/pragniesz/potrzebujesz.
Ja Jestem dawcą życia. Ja ci dam białą szatę i będziesz nieskazitelną moją narzeczoną.
Powróć do domu, do Mnie   Ty należysz do Mnie. Ja Jestem twoją Miłością.
Śmierć nie może Nas rozdzielić. Ja za ciebie umarłem. 
Moja Miłość związuje nas i jednoczy na dobre i złe na zawsze.
To jest tajemnica życia   Byłaś moją ukochaną żoną.
Przestań chodzić za innymi kochankami, nie pozwalasz Mi bym uczynił cię moją narzeczoną. Będziesz piła z moich ust i smakowała nowego życia Nie ma większej Miłości niż oddanie życia swego za swoich przyjaciół.
Ty należysz do Mnie. Ja Jestem twoją Miłością.
Śmierć nie może Nas rozdzielić. Ja za ciebie umarłem.
Moja Miłość związuje nas i jednoczy na dobre i złe na zawsze.
To jest tajemnica życia"
i na końcu jest tekst z Rzymian 5,8